22.12.2008

Alexandra Pavelková: "Opowieści o Vimce"

Tytułowa bohaterka jest wiedźmą - uzdrowicielką o nadzwyczajnej zdolności do empatii. To dar, a zarazem przekleństwo. Vimka odczuwa cudze cierpienia jak własne, ale potrafi też je koić. Ludzie wierzą, że skoro odbiera ból, równie dobrze może go zesłać. Okazują jej wdzięczność i szacunek, ale się jej boją. Kto nie potrzebuje pomocy "Bolesnej", ten jej unika. Vimka jest bardzo samotna. Nawet gdy spotka i pokocha pogromcę smoków, który budzi te same emocje u zwykłych śmiertelników, nie zazna wiele szczęścia.
"Opowieści o Vimce" od początku nasuwają skojarzenia z Wiedźminem. I bohaterka, i jej wybranek wykazują duże podobieństwo do Geralta. Vimka też przeszła specyficzne szkolenie, a zamiast wiedźmińskiego kodeksu obowiązuje ją przysięga, że będzie pomagać wszystkim bez wyjątku i nie skrzywdzi nikogo. A i forma jednakowa - seria opowiadań, w których przewijają się te same postacie. To nie może być przypadkowa zbieżność, przypuszczam, że Sapkowski zainspirował słowacką pisarkę. Ale w świecie Vimki nie ma elfów, krasnoludów ani hobbitów, choć nie brakuje inych fantastycznych istot: centaurów, południc, wił, smoków, jednorożców, dziwożon i upiorów. I więcej w tych historiach smutku niż humoru.
Alexandra Pavelková ma niezłe pomysły, potrafi zaciekawić i stworzyć w miarę spójną wizję. Opisy są jej mocną stroną, gorzej z postaciami - wypadają nieco blado, poza główną bohaterką, wyrazistą i wzbudzającą sympatię. Ogólnie rzecz biorąc, czyta się całkiem przyjemnie.

18.12.2008

Anita Brookner: "Hotel du Lac"

Na tę książkę natknęłam się przeglądając zwroty w bibliotece. Rzut oka na okładkę i natychmiastowe skojarzenie: "Romans". Już miałam ją odłożyć, ale na odwrocie przeczytałam, że Anita Brookner dostała za "Hotel du Lac" nagrodę Bookera, a tej harlequinom raczej nie przyznają. A że tytuł obił mi się już kiedyś o uszy, więc pożyczyłam i przeczytałam.
Bohaterką jest trzydziestoparoletnia Edith Hope, autorka poczytnych romansów, którą przyjaciele nakłonili do wyjazdu za granicę po skandalu, jaki wywołała. Co takiego uczyniła, dowiadujemy się znacznie później. Swój pobyt "na wygnaniu" w szwajcarskim kurorcie zamierza poświęcić pracy nad kolejną powieścią, korzystając z ciszy i spokoju w wyludnionym po sezonie hotelu. Zamiast tego zostaje wciągnięta w sprawy innych ludzi i zmuszona do przemyśleń nad sobą. Uświadamia sobie, że jej życie przypomina wymyślane przez nią fabuły.
Brytyjska pisarka dokonuje ciekawej analizy psychologicznej swojej bohaterki, inne postacie kobiece też są ukazane w przekonujący sposób. Mimo to, powieść mnie nie zachwyciła, nie znalazłam w niej nic, co by mnie osobiście zaangażowało. O ile Roth pisząc o amerykańskim Żydzie pisze dla wszystkich, to Brookner swoją książkę o Angielkach z wyższych sfer kieruje do pewnej grupy czytelniczek (Angielek z klas niższych?), do której chyba się nie zaliczam. Nie mój świat, nie moje problemy, a ich kaliber też nie taki, żebym się miała przejąć. Ponadto zdumiała mnie teza, że pozycję społeczną może kobiecie zapewnić tylko małżeństwo z dobrze sytuowanym i ustosunkowanym mężczyzną. Czyżby na Wyspach czas się zatrzymał w epoce Jane Austen? Jeśli w założeniu to miała być ironia, to jej nie rozpoznałam. Być może przepadła w przekładzie, który pozostawia wiele do życzenia - niektóre zdania zgrzytają, a miejscami trudno doszukać się w nich sensu.

10.12.2008

Philip Roth: "Everyman"

Najnowsza powieść Philipa Rotha nawiązuje do piętnastowiecznego moralitetu o człowieku, który idzie na spotkanie śmierci i zdaje rachunek ze swojego życia.
Akcję rozpoczyna... pogrzeb głównego bohatera. Nad trumną zbiera się rodzina i przyjaciele i, jak w moralitecie, jedni występują w roli jego obrońców, inni - oskarżycieli. Potem następuje szereg retrospekcji ukazujących epizody z jego życia: szczęśliwe dzieciństwo, praca w agencji reklamowej, trzy małżeństwa zakończone rozwodami, dzieci, wreszcie emerytura, kiedy powraca do swojej pasji - malowania. Autor skupia się na ostatnim okresie życia bohatera, ukazuje, co się kryje w powiedzeniu "starość nie radość": słabość, choroba, cierpienie, odchodzenie rówieśników, samotność, kurczenie się czasu, jaki jeszcze pozostał, świadomość nieuchronnego końca.
Bohater "Everymana" nie ma imienia - każdy z nas może się postawić na jego miejscu. Do tej krótkiej powieści pasuje szkolna formułka o "uniwersalnych, humanistycznych wartościach". Banał, ale oddaje istotę rzeczy. Bardzo dobra literatura.

08.12.2008

Donna Leon: "Śmierć w La Fenice"

Niemiecki dyrygent światowej sławy przybywa do Wenecji na gościnne występy. W antrakcie premierowego spektaklu "Traviaty" w operze La Fenice zostaje otruty cyjankiem. Prowadzący śledztwo komisarz Guido Brunetti szybko odkrywa, że wiele osób z otoczenia denata mogło mu życzyć śmierci. Podobno kilku śpiewakom złamał karierę. Zarzucano mu przykry charakter i homofobię, a także nazistowską przeszłość.
"Śmierć w La Fenice" to pierwsza z serii powieści o komisarzu Brunettim, a zarazem pierwsza książka Donny Leon, która mi wpadła w ręce. Policjant z Wenecji, w odróżnieniu od większości literackich detektywów, nie jest typem zgorzkniałego samotnika, któremu praca przesłania, a nawet zastępuje życie prywatne. Brunetti ma żonę i dwoje nastoletnich dzieci, i choć nie przepada za arystokratycznymi teściami, wydaje się szczęśliwy w małżeństwie. A w pracy z filozoficznym spokojem podchodzi do pomysłów i wymagań szefa - bęcwała i karierowicza.
W tle mamy Wenecję oglądaną oczami Wenecjan i w niczym nie przypominającą pocztówkowych widoczków. Amerykańska pisarka, która mieszka tam od lat, ukazuje miasto po sezonie turystycznym, w gruncie rzeczy prowincjonalne, zatruwane przez okoliczne fabryki i niszczejące, którego chwała dawno przeminęła.
Niezły kryminał, sprawnie napisany, z dość zaskakującym zakończeniem.

04.12.2008

Haruki Murakami: "Tańcz, tańcz, tańcz"

Haruki Murakami to obecnie jeden z najmodniejszych pisarzy - gdzie się nie obejrzę, natrafiam na to nazwisko. Pełno go w księgarniach, w prasie, na blogach i forach internetowych. Po raz kolejny wyszło na jaw, że nie jestem na bieżąco i postanowiłam nadrobić to zapóźnienie. Przeczytałam "Tańcz, tańcz, tańcz" i stwierdzam, że zachwyty nad twórczością Japończyka i jej fenomenalna popularność są dla mnie niepojęte.
Przez pierwsze 100 stron (a powieść liczy ich ponad 500) walczyłam z pokusą, żeby książkę odłożyć i już do niej nie wracać. Potem było nieco lepiej - nie, żeby historia mnie wciągnęła, bo nadal niewiele się działo i wiało nudą - ale chyba przywykłam do maniery autora i uzbroiłam się w cierpliwość. Zagorzali fani Murakamiego gotowi mnie zlinczować za takie bluźnierstwo, ale przyszło mi na myśl, że gdybym skrzętnie spisała wszystko, co robiłam, jadłam, zobaczyłam, usłyszałam, o czym pomyślałam i co mi się przyśniło - bez żadnej selekcji i dbałości o formę - to wyszłoby z tego podobne dzieło.
Bohaterem, a zarazem narratorem jest trzydziestoparoletni tokijczyk zarabiający na życie pisaniem na zlecenie tekstów do czasopism kobiecych i folderów reklamowych. Nawiedzają go sny o hotelu Dolphin w Sapporo, w którym przed laty spędził czas jakiś z dziewczyną imieniem Kiki. W tych snach ona go przyzywa, bierze więc urlop i wyrusza na poszukiwanie... no właśnie, czego? Szczęścia? Sensu życia, który gdzieś zagubił? Utraconego własnego "ja"?
Powieściowe postacie to ludzie samotni, spragnieni uczuć, ale niezdolni do autentycznej bliskości z drugą osobą, bo skupieni wyłącznie na sobie. Posiadają mnóstwo rzeczy, ale nie mają tego, na czym im naprawdę zależy. Wykonują bezsensowną pracę, która nie daje im satysfakcji, ale "ktoś to musi robić", a po za tym, trzeba z czegoś żyć.
Murakami mówi o kosztach, jakie pociąga za sobą życie w zaawansowanym kapitalizmie, o społeczeństwie konsumpcyjnym, w którym marnotrawstwo jest cnotą, o narcyzmie i alienacji. Nie są to błahe problemy, ale nie ma też w jego powieści niczego odkrywczego. Inni już o tym pisali i robili to ciekawiej. Narracja jest rozwlekła i monotonna, z mnóstwem powtórzeń. Fabuła sprawia wrażenie, że autorowi brakowało pomysłów i nie zaplanował całości, lecz rozwijał wątki w zupełnie przypadkowy sposób, wtrącając tu i ówdzie elementy fantastyczne, opisy i dygresje. Nie dostrzegam w tym wielkiej literatury, zasługującej na Nobla, do którego Murakami jest typowany od kilku lat. Być może inne jego książki są lepsze, ale po tej lekturze mnie do nich nie ciągnie.
PS. W powieści pojawia się postać pisarza o nazwisku Hiraku Makimura, o którym mówi się, że "nie jest złym człowiekiem, nie ma jednak talentu". Co nie przeszkadza mu wydawać kolejnych książek i świetnie prosperować. Samokrytyka to czy kokieteria?

02.12.2008

To już dwa lata...

... odkąd dołączyłam do blogosfery. 2 grudnia 2006 r. napisałam pierwszego posta o "Kodzie Leonarda da Vinci" i odtąd pisuję o książkach, które przeczytałam, z mniejszą lub większą częstotliwością. Ta nieregularność bierze się z różnych przyczyn, najczęściej z braku czasu lub chęci. Kilkakrotnie dopadał mnie kryzys w postaci całkowitej niemocy twórczej (a raczej tfurczej), awersji do pisania i poczucia bezsensu tego przedsięwzięcia. Nie miała baba kłopotu, to se bloga założyła... No, bo skoro już zaczęłam się w to bawić, to wypadałoby kontynuować. I powstaje pewnego rodzaju zobowiązanie, wobec osób, które tu zaglądają i wobec samej siebie. Czuję się winna, kiedy zaniedbuję "swoje obowiązki", lista przeczytanych książek się wydłuża, a postów nie przybywa, bo okienko edycji bloggera straszy i przyprawia o paraliż umysłowy. I po co mi to było?
Zaczęłam marudzić niestosownie do rocznicowej okazji, a przecież wypada uznać za sukces, że wykazałam jaką taką wytrwałość i blog do dziś przetrwał. Dzięki niemu poznałam innych moli książkowych, dorobiłam się grona czytelników i komentatorów. Nie jest to grupa pokaźna, ale nie o liczby tu chodzi, lecz o nawiązanie dialogu, poczucie, że nie pisze się w próżnię. Wdzięczna jestem za wszystkie komentarze, motywują mnie do dalszej pisaniny.
Zamierzałam zrobić podsumowanie tego, co przez ten czas przeczytałam i o czym pisałam, ale dziś już sobie daruję. Odłożę ten bilans na koniec roku. Albo do następnej rocznicy ;)

19.11.2008

Philip K. Dick: "Zapłata"

Zbiór 12 opowiadań Philipa K. Dicka (Zapłata, Niania, Świat Jona, Śniadanie o zmierzchu, Miniaturowe miasto, Ojcowskie alter ego, W lepszym świecie, Zautomatyzowana fabryka, Epoka Beztroskiej Pat, Zastępca, Małe co nieco dla nas, temponautów i Przedludzie). Pierwsze mnie rozczarowało, a ostatnie zdegustowało. Po środku było tak sobie - raz lepiej, raz gorzej, ale bez rewelacji.
Tytułowa "Zapłata" sprawia wrażenie scenariusza do taniego filmu akcji i to napisanego na chybcika. Została zresztą zekranizowana, tyle, że pół wieku później (tu informacje o filmie Johna Woo, jeśli ktoś ciekaw).
W "Przedludziach" Dick stawia znak równości między aborcją a morderstwem, co uważam za nadużycie. Opowiadanie zionie mizoginizmem, sportretowana w nim matka to już nawet nie karykatura człowieka, a jakiś cyborg wyzbyty wszelkich uczuć. Za to ojciec jest cacy, tylko, nie wiedzieć czemu, zupełnie bezradny wobec potwora, którego sobie wziął za żonę.
Motywem przewodnim większości opowiadań jest bezsilność jednostki podlegającej nieustannej presji społecznej, uciskanej przez aparat państwowy i wielkie korporacje, całkowicie zależnej od zaawansowanej technologii i sztucznej inteligencji albo zdanej na łaskę kosmitów. Temat stale obecny w twórczości Dicka, ale to, co w powieściach można wyczytać między wierszami, tu jest podane wprost, wręcz łopatologicznie. Zabrakło mi też tego halucynacyjno-schizofrenicznego klimatu, choć w kilku opowiadaniach pojawiają się zawirowania rzeczywistości i niepewność, co jest prawdą, a co złudzeniem. Po autorze "Ubika" i "Człowieka z wysokiego zamku" spodziewałam się znacznie więcej.

12.11.2008

Ian Rankin: "Wiszący ogród"

O tym, że Ian Rankin pisze dobre kryminały, dowiedziałam się całkiem niedawno dzięki wpisowi na jakimś blogu. Ktoś wymienił jego nazwisko wśród garstki pisarzy, których czytuje, mimo że nie przepada za tym gatunkiem. Zaczęłam się rozglądać za książkami Rankina i jako pierwszą wypatrzyłam "Wiszący ogród", choć to już dziewiąta (a szósta wydana po polsku) powieść z cyklu o inspektorze Johnie Rebusie.
Szkocki policjant otrzymuje niewdzięczne zadanie: ma ustalić, czy emerytowany wykładowca uniwersytecki jest hitlerowskim zbrodniarzem wojennym ukrywającym się pod zmienionym nazwiskiem. Sprawa wymaga żmudnego przedzierania się przez stosy dokumentów, a wobec upływu lat i braku świadków trudno spodziewać się jednoznacznego rozstrzygnięcia. Tymczasem w Edynburgu wybucha wojna gangów, gdy pod nieobecność starego bossa mafijnego, odsiadującego wyrok w więzieniu, jego interesy próbuje przejąć młodszy przybysz z Glasgow. W mieście pojawiają się też japońscy inwestorzy, którzy, gdy im się bliżej przyjrzeć, okazują się członkami Yakuzy. Jakby tego było mało, córka inspektora zostaje potrącona przez samochód i trafia do szpitala w stanie śpiączki. Rebus podejrzewa, że nie był to wypadek, ale celowe działanie wymierzone przeciwko niemu - być może ostrzeżenie ze strony bandytów, którym wszedł w paradę. I zrobi wszystko, żeby dopaść sprawców.
Bohater Rankina na pierwszy rzut oka przypomina Wallandera: koło pięćdziesiątki, rozwiedziony, ma dorosłą córkę, żyje pracą i nadużywa alkoholu. Ale jest od niego twardszy - to były spadochroniarz, który o mały włos nie dostał się do oddziałów specjalnych SAS, po czym odszedł z wojska. Rebus jest gliną niesubordynowanym, chodzi własnymi drogami, ma cięty język i talent do przysparzania sobie wrogów. Ale ma też lojalnych przyjaciół, wśród których na pierwszy plan wysuwa się współpracowniczka - sierżant Siobhan Clarke. Polubiłam tych dwoje, m.in. za kąśliwy humor i upodobanie do muzyki rockowej. Rankin często odnosi się do płyt i utworów, które współgrają z nastrojem bohatera, a tytuł powieści zapożyczył z piosenki The Cure.
"Wiszący ogród" to inteligentny, realistyczny kryminał, z wyrazistymi postaciami i żywą akcją. Są tu też ciekawostki takie, jak na przykład fabryka całkiem legalnie wytwarzająca narkotyki, oczywiście pod ścisłym - jak się okaże, nie dość ścisłym - nadzorem. Polecam wszyskim fanom gatunku (i nie tylko im).

03.11.2008

Elsebeth Egholm: "Ukryte wady"

Trzy przyjaciółki świętują czterdzieste urodziny jednej z nich w restauracji nad rzeką. Wesoły nastrój pryska, gdy solenizantka dostrzega dryfującą balię, a w niej niemowlę. Na ratunek jest już za późno - dziecko zmarło z wychłodzenia. Rozpoczyna się śledztwo...
Ale dochodzenie w sprawie śmierci noworodka to tylko jeden z wątków powieści Elsebeth Egholm. Nie mniej ważna od kryminalnej zagadki jest warstwa psychologiczno-obyczajowa. Duńska pisarka z dużym wyczuciem pokazuje, jak zetknięcie ze śmiercią wpływa na człowieka: zakłóca spokój wewnętrzny, narusza poczucie bezpieczeństwa, przypominając, że wszyscy jesteśmy śmiertelni, każe się zastanowić nad dotychczasowym życiem.
Każda z bohaterek ma powody, by szczególnie odczuć tę tragedię: Anne jest położną, Ida Marie lada dzień ma po raz pierwszy rodzić, a dziennikarka Dicte musi pisać o sprawie, choć wolałaby o niej jak naprędzej zapomnieć. Wydarzenie, którego były świadkami, przywoła bolesne wspomnienia z przeszłości, skłoni do uważnego przyjrzenia się swoim związkom rodzinnym i relacjom z innymi ludźmi. To zapoczątkuje zmiany w życiu każdej z trzech kobiet, skieruje je na nowe tory.
Ciekawy jest też wątek społeczny. Akcja powieści toczy się tuż po wydarzeniach z 11 września 2001, które zachwiały poczuciem bezpieczeństwa w krajach Zachodu, nie wyłączając Danii. Narasta strach przed terroryzmem i niechęć do imigrantów, zwłaszcza tych, którzy wyznają islam. A przy noworodku znaleziono kartkę z cytatami z Koranu. Policja obawia się, że ujawnienie tej informacji może doprowadzić do zamieszek lub aktów przemocy na tle rasowym.
"Ukryte wady" przypominają mi nieco kryminały Henninga Mankella, ale bardziej "Kwietniową czarownicę" Majgul Axelsson. Dostrzegam podobieństwo w przedstawieniu portretów psychologicznych trzech kobiet w średnim wieku i poprowadzeniu narracji z uwzględnieniem punktów widzenia każdej z bohaterek. Inne postaci, nawet te z drugiego planu, są również dobrze nakreślone. Egholm w interesujący, niekonwencjonalny sposób powiązała rozmaite wątki i stworzyła realistyczną powieść, która mimo nagromadzenia nieszczęść nie dołuje czytelnika. Przeciwnie, jej przesłanie, wbrew oczekiwaniom, jest optymistyczne, niesie nadzieję na przyszłość. Zdecydowanie warto przeczytać.

28.10.2008

Andrzej Ziemiański: "Zapach szkła"

Zbiór opowiadań Andrzeja Ziemiańskiego - najlepszych w jego dorobku (jak twierdzą znawcy przedmiotu) i obsypanych nagrodami (m.in. Zajdel w 2001 i 2003 r.) Na tom złożyło się siedem tekstów: tytułowy "Zapach szkła", "Bomba Heisenberga", "Legenda", "Waniliowe plantacje Wrocławia", "Czasy, które nadejdą", "Lodowa opowieść" i "Autobahn nach Poznań".
Autor okazuje się lokalnym patriotą - akcję większości opowiadań umieścił w rodzinnym Wrocławiu i okolicach. To miasto ma ostatnio szczęście do pisarzy: Krajewski opisuje przedwojenny, niemiecki Breslau, zaś u Ziemiańskiego znajdujemy różne wizje Wrocławia. Jest tu Wrocław współczesny i Wrocław przyszłości, Wrocław alternatywny, pradawny i podziemny. Miasto niezwykłe, magiczne, skrywające w swych murach wiele tajemnic.
W opowiadaniach często wykorzystywany jest motyw alternatywnej rzeczywistości, światów równoległych. Jawa miesza się ze snem, przeszłość z teraźniejszością i przyszłością. Trudno odróżnić prawdę od mistyfikacji. Pod pozorami normalności kryją się mroczne sekrety, o których wiedzą tylko nieliczni wtajemniczeni. Schematy niby znane - coś z Dicka, coś z "Matrixa" - ale Ziemiański przerabia je po swojemu, a pomysłowości mu nie brakuje. Niesamowita jest wizja świata pozbawionego elektryczności i zaludnionego mutantami albo Polski jako supermocarstwa, sprzymierzonej z państwami Osi i zachowującej relikty rzeczpospolitej szlacheckiej. (Obce są mi imperialistyczne ciągotki, za to gorąco popieram zastąpienie Pepsi czy innego Sprite'a kwasem chlebowym ;) ).
Pisarz ma wyraźnie upodobania militarne: w opowiadaniach dużo uwagi poświęca działaniom wojennym i rozmaitym rodzajom broni, jego bohaterami są przeważnie żołnierze i policjanci, w każdym razie twardziele. Również język i dowcipy nierzadko zalatują koszarami, ale jest tu też sporo dobrego humoru słownego i sytuacyjnego.
Niewątpliwie mocną stroną Ziemiańskiego jest wyobraźnia oraz umiejętność tworzenia interesującej fabuły i dynamicznej, pełnej zaskakujących zwrotów akcji. Pisarz lepiej się sprawdza w krótkich formach - w 3-tomowej "Achai" nie zdołał utrzymać wyrównanego, dobrego poziomu, a niektóre pomysły po prostu zmarnował. W opowiadaniach tego uniknął, choć niektóre zakończenia nie w pełni mnie usatysfakcjonowały. Ale ogólnie rzecz biorąc "Zapach szkła" to dobra rozrywka, którą się błyskawicznie pochłania.

15.10.2008

I.J. Parker: "Smoczy zwój"

A to książka, która bardzo przypadła mi do gustu: thriller historyczny z akcją rozgrywającą się w jedenastowiecznej Japonii.
Głównym bohaterem jest dwudziestoparoletni zubożały szlachcic Sugawara Akitada. Zatrudniony w Ministerstwie Sprawiedliwości na dość podrzędnym stanowisku dostaje pierwszą oficjalną misję, która przesądzi o jego karierze. Z prowincji Kazusa od pewnego czasu nie napływają podatki. Akitada wyrusza w podróż ze stolicy, aby na miejscu zbadać sprawę znikających bez wieści konwojów. Fakt, że przez trzy lata nie podjęto żadnych działań, a do przeprowadzenia śledztwa wyznaczono niskiego rangą urzędnika, źle wróży temu przedsięwzięciu. Najwidoczniej cesarskim dygnitarzom nie zależy na odkryciu prawdy. Bystry młodzieniec utwierdza się w tym przekonaniu, gdy były gubernator prowincji, z którym miał zaplanowane spotkanie, zostaje zamordowany.
"Smoczy zwój" zgrabnie łączy kryminalną zagadkę z przygodą, polityczną intrygą i wątkiem miłosnym. Postaci są żywe i prezentują przekrój przez wszystkie warstwy społeczeństwa średniowiecznej Japonii. Powieści dodaje uroku egzotyczna, barwna sceneria i dobrze oddane realia historyczne. Akcja toczy się wartko, ale nie pędzi na złamanie karku - jest tu też miejsce na liryczny nastrój i chwilę zadumy. Autorka uniknęła płycizny i zgranych schematów w rodzaju nadzwyczajnych zbiegów okoliczności, nieprawdopodobnych zwrotów akcji czy happy endu rodem z Hollywood. Jej bohater zamiast triumfu zazna goryczy, przekroczy "smugę cienia", dojrzeje.
Nazwisko I.J. Parker było mi wcześniej nieznane, dopiero z jej strony internetowej dowiedziałam się, że napisała całą serię powieści i opowiadań, których bohaterem jest Sugawara Akitada. "Smoczy zwój" jest pierwszą z nich i jedyną, która jak dotąd ukazała się w Polsce. Mam nadzieję, że doczekam się wydania następnych.

08.10.2008

Rafael Ábalos: "Grimpow. Sekret ośmiu mędrców"

Kolejna nietrafiona lektura. A liczyłam na przyjemną, eskapistyczną rozrywkę, która umili jesienne wieczory... Zachęciła mnie notka na okładce:
Pewnego zimowego dnia 1313 roku młodzieniec zwany Grimpow znajduje trupa mężczyzny w zaśnieżonych górach Ullpensu. Przerażony ponurym znaleziskiem odkrywa, że zmarły rycerz był posłańcem niosącym tajemniczy list i dziwny kamień. Przedmioty te całkowicie zmienią jego życie i skierują go ku nowemu przeznaczeniu.

To akurat odpowiada prawdzie. Ale ten, kto napisał, że "Grimpow" to "hiszpańskie Imię Róży", zapewne nie czytał żadnej z tych książek. Powieść Rafaela Ábalosa tyle ma tylko wspólnego z dziełem Umberto Eco, że akcja rozgrywa się w XIV wieku, po części w górskim opactwie, do którego przybywa złowrogi inkwizytor. Mnie "Grimpow" kojarzy się raczej z "Alchemikiem" Coelho i "Kodem Leonarda da Vinci" Browna, przy czym jest od nich słabszy, a to już kiepska rekomendacja.
Autor nagromadził atrakcji bez liku: templariusze, alchemicy i kamień filozoficzny, zaszyfrowane pisma i tajemnicze mapy, sekretne przejścia i śmiertelne pułapki, gotyckie katedry i zamki obronne, turnieje rycerskie i groźni zbóje. Tyle, że wszystko to jakieś drętwe i strasznie naiwne. Postaci szeleszczą papierem i ani przez chwilę nie mogłam uwierzyć w stworzony przez Ábalosa świat. Powieść jest ciągiem łamigłówek przeplatanych pseudomądrościami powtarzanymi do znudzenia przez niemal 500 stron. Odradzam, szkoda czasu. Chyba, że ktoś szuka nieuzależniającego środka nasennego.

02.10.2008

Jonathan Carroll: "Kraina chichów"

Tomasz Abbey jest synem nieżyjącego już gwiazdora filmowego. Dzięki spadkowi po ojcu mógłby wieść wygodne, próżniacze życie, ale wybrał pracę nauczyciela w średniej szkole z internatem. Pewnego dnia ma już jednak dość belferki i bierze długi urlop. Postanawia spełnić swoje marzenie: napisać biografię Marshalla France'a, autora uwielbianych przez niego książek dla dzieci. Przypadkowo poznana dziewczyna, Saxony Gardner, również zagorzała wielbicielka pisarza, utwierdza go w tym zamiarze i oferuje się z pomocą w zbieraniu materiałów. Wyjeżdzają do miasteczka Galen, gdzie France spędził większą część życia. Poznają jego córkę i zostają bardzo życzliwie przyjęci przez lokalną społeczność. Ale z czasem zauważają, że w miasteczku dzieją się dziwne rzeczy. Sielankowa atmosfera niepostrzeżenie przeradza się w koszmar...
Z dość obfitej twórczości Jonathana Carrolla czytałam przed laty powieść "Poza ciszą" i zbiór opowiadań "Cylinder Heidelberga". Wrażenia miałam mieszane, ale raczej odległe od zachwytu. Postanowiłam dać mu jeszcze jedną szansę i przeczytać jego pierwszą, najgłośniejszą książkę "Kraina chichów", która zebrała mnóstwo pochwał od czytelników i recenzentów. Ale nie udzielił mi się ich entuzjazm. Już pierwsze strony wywołały u mnie uczucie déjà vu - zawiązanie akcji, para głównych bohaterów i relacje między nimi do złudzenia przypominają "Poza ciszą". W miarę posuwania się naprzód ogarniało mnie coraz większe zniechęcenie. Sama nie wiem, czym to tłumaczyć, bo poszczególne zdania i akapity brzmią nieźle i pod niektórymi stwierdzeniami Carrolla mogłabym się podpisać, np.:
Czytanie książek jest, przynajmniej dla mnie, jak podróż po świecie drugiego człowieka. Jeżeli książka jest dobra, czytelnik czuje się w niej jak u siebie, a jednocześnie intryguje go, co mu się tam przydarzy, co znajdzie za następnym zakrętem. A jeśli książka jest marna, przypomina przeprawę przez Secaucks w New Jersey: cała okolica cuchnie i człowiek żałuje, że w nią w ogóle zabrnął, ale skoro już tak się stało, zamyka okna i oddycha ustami, żeby jakoś dotrzeć do końca.

Niestety, świat przez niego wykreowany mnie nie oczarował, wydał mi się wręcz odstręczający, a postaci nie wzbudziły we mnie ani sympatii, ani zainteresowania. Dość szybko zorientowałam się, do czego zmierza cała ta historia i jakie będzie zakończenie. Tylko raz dałam się zaskoczyć biegiem wypadków. Przewracałam kolejne kartki i nie mogłam się doczekać, kiedy to się wreszcie skończy. Bo, podobnie jak Tomasz:
Nawet jezeli mam do czynienia z najgorszą szmirą, kiedy już raz zacznę czytać, tkwię na haczyku, aż dobrnę do końca.

Nie twierdzę, że "Kraina chichów" jest szmirą. Po prostu pisarstwo Carrolla do mnie nie przemawia. Może to kwestia odmiennej osobowości i wrażliwości, nadawania na różnych falach. Nie lubię się zarzekać, ale po następne jego książki już nie sięgnę.

30.09.2008

Henning Mankell: "Zapora"

Pewnej jesiennej nocy dwie nastolatki napadają na taksówkarza, który umiera w wyniku doznanych obrażeń. Sprawczynie po zatrzymaniu przyznają się do winy, ale nie wykazują cienia skruchy. Twierdzą, że potrzebowały pieniędzy i nie znały ofiary. W tym samym czasie koło bankomatu w innej części miasta znaleziono zwłoki mężczyzny z raną na głowie. Zmarły był niezależnym konsultantem, specjalistą od systemów komputerowych. Na pozór nic nie łączy obu zdarzeń, ale Kurt Wallander podejrzewa, że istnieje między nimi jakiś związek. Jak się wkrótce okaże, intuicja i tym razem go nie zawiodła. Kluczem do rozwiązania kryminalnej zagadki będzie zawartość twardego dysku w komputerze denata, chroniona systemem zabezpieczeń. Jak komisarz, człowiek starej daty, nienawykły do technicznych nowinek, poradzi sobie z firewallem - tytułową zaporą?
To już, niestety, ostatnia część cyklu Henninga Mankella o komisarzu Wallanderze. Tak jak i w poprzednich powieściach oprócz intrygi kryminalnej i dochodzenia krok po kroku do prawdy, czytelnik otrzymuje wnikliwy portret psychologiczny głównego bohatera, a także garść refleksji na temat kierunku w jakim zmierza Szwecja i cały świat. Tym razem głównym motywem są zagrożenia, jakie niesie ze sobą korzystanie z sieci komputerowych, zarówno w skali globalnej, jak jednostkowej.
"Zapora" ma pewne słabości, rozwiązania fabularne nie do końca mnie przekonują. Jakoś trudno uwierzyć w ogólnoświatowy spisek, którego epicentrum przypadkiem znalazło się w prowincjonalnym Ystad. Zdumiewa nieudolność szwedzkiej policji, która pozwala morderczyni wyjść ot, tak sobie, z komendy. Sam Wallander też daje się podejść jak dziecko, co można wytłumaczyć chyba tylko desperacją wynikłą z samotności i przepracowania. Mimo tych zastrzeżeń książkę połknęłam migiem i żałuję, że nie będę już mogła towarzyszyć komisarzowi w kolejnych śledztwach.

22.09.2008

H.P. Lovecraft: "Najlepsze opowiadania" tom 1

I znów "straszne historie", ale zupełnie inne od poprzednich, bo spod pióra klasyka literatury grozy i science fiction. Podobnie jak Ravena, postanowiłam i ja się w końcu dowiedzieć, co to takiego te "klimaty jak z Lovecrafta" i sięgnęłam po pierwszy tom "Najlepszych opowiadań" jego autorstwa.
Zbiór opatrzony jest wstępem i przypisami (aż nazbyt licznymi) S.T. Joshiego, badacza życia i twórczości Howarda Phillipsa Lovecrafta i zilustrowany fotografiami. Zawiera cztery utwory: opowiadania "Szczury w murach", "Kolor z przestworzy" i "Koszmar w Dunwich" oraz krótką powieść "W górach szaleństwa".
Bohater pierwszego opowiadania powraca do Anglii, którą jego przodek opuścił kilkaset lat wcześniej po rodzinnej tragedii. Zamieszkuje w rodowej siedzibie - średniowiecznym zamku, w którego murach, mimo przeprowadzenia gruntownego remontu, nocami słyszy niepokojące odgłosy...
Akcja "Koloru z przestworzy" toczy się na zapadłej prowincji gdzieś w Nowej Anglii. Upadek meteoru powoduje anomalie w przyrodzie, degradację okolicy i niewytłumaczalny, przerażający koniec
całej farmerskiej rodziny.
W podobnej scenerii rozgrywa się "Koszmar w Dunwich", gdzie
całemu światu zagraża straszne niebezpieczeństwo w wyniku tajemnych rytuałów odprawianych przez pewną zdegenerowaną rodzinę.
"W górach szaleństwa" to relacja z ekspedycji naukowej na Antarktydę. Jej uczestnicy dokonują niezwykłego odkrycia, które wielu z nich przypłaca życiem, a nad światem znów zawisa groźba zagłady.
Lovecraft rzeczywiście potrafił stworzyć niepokojącą atmosferę, a obywał się
przy tym bez duchów, diabłów, wilkołaków i tym podobnych tradycyjnych strachów. W jego utworach przeraża to, co obce i niepojęte: przybysze z kosmosu lub innego wymiaru, pradawne istoty ukryte w głębinach oceanów lub wnętrzu niezbadanych lądów. Najlepszy efekt osiąga, gdy do końca zachowuje tajemnicę co do natury zagrożenia, pozostawia miejsce dla wyobraźni i domysłów czytelnika. Dlatego bardziej podobały mi się opowiadania od ostatniego utworu, w którym zbyt wiele ujawnił i gdzie nie zdołał uniknąć antropocentryzmu. Bo choć opisane przez niego istoty wyglądem i budową w niczym nas nie przypominają, to ich działania i stworzona przez nie cywilizacja są aż nazbyt podobne do ludzkich.
Opowiadania Lovecrafta chwilami kojarzyły mi się z niektórymi odcinkami "Z archiwum X" - pisarz zainspirował, jak sądzę, scenarzystów serialu. Nastrój grozy potęguje sceneria: dzikie i ponure krajobrazy, stare domy i ruiny.
Styl narracji i język są specyficzne: w zasadzie oschła, beznamiętna relacja, niemal pozbawiona dialogów, a przy tym iście barokowe opisy, pełne kwiecistych epitetów. Pisarz miał upodobanie do archaizmów i nadużywał przymiotników takich jak plugawy, bluźnierczy, nieludzki, potworny, niewyobrażalny itp. Ta maniera nie każdemu przypadnie do gustu, ale moim zdaniem warto się z Lovecraftem zapoznać, choć w większych dawkach jest nieco nużący.

19.09.2008

Anna Fryczkowska: "Straszne historie o otyłości i pożądaniu"

„Straszne historie o otyłości i pożądaniu” - ten tytuł i rysunek na okładce zaciekawiły mnie, ale i wprowadziły w błąd. Spodziewałam się opowiastek w tonie prześmiewczym o paniach walczących z nadwagą, czegoś pomiędzy Bridget Jones i Chmielewską. A przeczytałam interesującą, współczesną powieść, której tematyka wcale nie ogranicza się do wyżej wymienionych kwestii. Owszem, jest w niej mowa o przyczynach zaburzeń w odżywianiu, o społecznej presji, która nakazuje zachować szczupłą sylwetkę i młodzieńczy wygląd bez względu na wiek. Ale też o mężczyznach stawiających kobietom wymagania, z jakich sami czują się zwolnieni i o kobietach, które potulnie poddają się temu dyktatowi byle tylko zyskać akceptację. O potrzebie uczuć i nieumiejętności porozumiewania się z najbliższymi, zdawałoby się, osobami. O samotności w pojedynkę i we dwoje. I o jeszcze paru rzeczach.
Cienka książeczka, a treściwa.
Dwie kobiety zakwaterowane we wspólnym pokoju na wczasach odchudzających różnią się od siebie jak dzień od nocy: wiekiem, charakterem, doświadczeniem życiowym, stosunkiem do świata i własnej osoby. Nawet powody, dla których się tu znalazły, są odmienne. Nic dziwnego, że nie darzą się nawzajem sympatią, a ledwie tolerują. Nietrudno zgadnąć, że w końcu dojdą do porozumienia, ale nie przyjdzie im to łatwo ani bezboleśnie.
Mimo to, książka mnie zaskoczyła i to nie raz: a to nieprzewidzianym zwrotem akcji, a to ujawnieniem nowych informacji, które zmusiły mnie do zmiany wcześniej powziętej opinii o bohaterkach, to znów jakimś zdaniem, które uderzyło mnie trafnością, skłoniło do myślenia albo po prostu mi się spodobało. Tak jak te:
Jaka jest cena za utrzymanie małżeństwa? Jak bardzo trzeba zapomnieć o sobie, żeby z kimś być?
To okropne, mieć już tyle lat, a wciąż nie umieć żyć.
To sfrustrowana Baśka. A to Janina, gdy uświadomiła sobie, że od jej decyzji może zależeć cudze życie:
Nie czuła się jednak na siłach być Bogiem. Może sprawy się same rozwiążą.
Czy Bóg też czasem tak myśli?
Narracja na przemian przedstawia punkt widzenia obu bohaterek. Anna Fryczkowska w swojej debiutanckiej powieści bezceremonialnie traktuje sprawy związane z cielesnością: seksem, chorobą, starością, śmiercią. Opisy są bardzo zmysłowe - chwilami drastyczne, gdy mowa o defektach urody i odstręczających woniach, to znów apetyczne - jak w przypadku frykasów, które wodzą na pokuszenie Baśkę i Janinę.
I choć nie przepadam za tzw. literaturą kobiecą, to "Straszne historie..." mogę z czystym sumieniem polecić wszystkim czytelniczkom, nawet jeśli nie dotyczą ich kłopoty z nadwagą ani problemy małżeńskie. Mężczyznom też ta lektura nie zaszkodzi, a kto wie, czy nie pomoże.

17.09.2008

Jules Verne: "Michał Strogow - kurier carski"

Fabuła powieści Julesa Verne'a osnuta jest na tle fikcyjnej inwazji tatarskiej na Syberię w XIX wieku. Były pułkownik Iwan Ogarew, zdegradowany i skazany na zesłanie przez Wielkiego Księcia, poprzysiągł mu zemstę. Zdołał podburzyć koczownicze plemiona przeciwko rosyjskiemu panowaniu w Azji. W wyniku najazdu łączność telegraficzna została przerwana, więc car wysyła kuriera do Irkucka, aby ostrzec brata przed zdrajcą. Strogow, podając się za kupca, wyrusza z Moskwy na wschód i różnymi środkami lokomocji przemierza kraj ogarnięty wojną. W niebezpiecznej podróży towarzyszy mu poznana w pociągu dziewczyna, która zdąża do Irkucka do ojca - zesłańca.
Książkami Verne'a zaczytywałam się w bardzo wczesnej młodości. Od tego czasu wiele wody upłynęło, ja się postarzałam, ale ta proza chyba też. Jak na wymagania dzisiejszego czytelnika akcja wydaje się mało dynamiczna, a postaci zbyt schematyczne, czarno-białe. Raczej trudno identyfikować się tytułowym bohaterem, takim, co to "nie gniotsa, nie łamiotsa", a na dodatek jest duszą i ciałem oddany sprawie caratu; o innych jego przymiotach niewiele się dowiadujemy. Autor obficie posługuje się stereotypami narodowościowymi w opisie Rosjan, Tatarów i Cyganów, szczególnie rzuca się to w oczy w przypadku zagranicznych korespondentów - Anglika i Francuza, których Strogow co i rusz spotyka po drodze. Choć z drugiej strony - to oni wnoszą do powieści nieco humoru. Od początku też wiadomo, że bohater, mimo wszelkich przeszkód, wypełni swe zadanie, Rosja nie dozna uszczerbku terytorialnego, a Wielkiemu Księciu włos z głowy nie spadnie.
"Michał Strogow - kurier carski" to powieść przygodowa dla młodzieży. Nie ma tu elementów fantastycznych, ani szczegółów technicznych tak częstych w innych książkach Verne'a. Są za to nieźle oddane realia XIX-wiecznej Rosji.
Książka, wydana przez Hachette, ma twardą okładkę i zachęcającą cenę. Dla mnie dużym plusem jest wszyta tasiemka - zakładka. Pamiętam, że dawno temu, zanim nastały niechlujnie klejone paperbacki rozsypujące się zaraz po otwarciu, książki często zaopatrzone były w takie udogodnienie dla czytelnika. Mała rzecz, a cieszy. Minusem jest sprzedaż wiązana (trzeba nabyć 2 pozycje różnych autorów) oraz mnóstwo literówek i błędów typu: dwa wyrazy zrośnięte w jeden. Czy wydawnictwa nie zatrudniają już korektorów?


11.09.2008

Yrsa Sigurdarđóttir: "Trzeci znak"

Kryminały czytam namiętnie od lat, a literatura skandynawska należy do moich ulubionych. Toteż bardzo się ucieszyłam, gdy na bibliotecznej półce dostrzegłam "Trzeci znak" islandzkiej pisarki Yrsy Sigurdarđóttir.
Dziekan Wydziału Historii doznaje szoku, gdy na terenie uniwersytetu w Reykjaviku znajduje okaleczone zwłoki jednego ze swoich studentów. Zamordowany Harald Guntlieb, Niemiec przebywający w Islandii w ramach wymiany studenckiej, był nie lada ekscentrykiem. Po dziadku przejął zainteresowanie czarną magią i procesami o czary wraz z kolekcją książek i innych eksponatów poświęconych tej tematyce. Praca, do której zbierał materiały, miała dotyczyć polowań na czarownice w kraju, gdzie w odróżnieniu od reszty Europy, ofiarami prześladowań byli niemal wyłącznie mężczyźni. Harald prowadził nader swobodny tryb życia, nie stronił od narkotyków i to jego dealera oskarżono o dokonanie morderstwa. Ale rodzice denata uważają, że dochodzenie było pobieżne, a policja zatrzymała niewłaściwego człowieka. Wynajmują prawniczkę z Reykjaviku, która nie ma wprawdzie doświadczenia w sprawach kryminalnych, ale zna miejscowe układy i język niemiecki. W prowadzeniu śledztwa ma jej pomagać zaufany pracownik Guntliebów - były policjant Matthew.
Główna bohaterka,Thora, z miejsca zyskała moją sympatię. Ta trzydziestoparoletnia rozwódka ma zdrowy stosunek do rzeczywistości, ze stoickim spokojem i humorem traktuje problemy, jakich przysparzają jej dzieci, były mąż, klienci i sekretarka (chyba najgorsza podwładna, jaką można sobie wyobrazić). Jej perypetie osobiste i zabawne utarczki z Matthew, wynikające z różnicy charakterów i stylów życia, stanowią kontrast z mrocznymi tajemnicami, w jakie się zagłębia na gruncie zawodowym i łagodzą dość ponurą tonację powieści.
„Trzeci znak” to solidny kryminał z ciekawą intrygą i dobrze stopniowanym napięciem. Autorka potrafi konstruować wiarygodne postaci i żywe dialogi. Atrakcyjności książce dodają interesujące informacje na temat historii Islandii oraz świetnie uchwycone tło obyczajowe ukazujące życie współczesnych mieszkańców tego kraju.
Moje uznanie dla pisarki jest tym większe, że, jak dowiaduję się z notki biograficznej, Yrsa Sigurðardóttir ukończyła inżynierię budowlaną i nadal pracuje w swoim zawodzie. Zadebiutowała książkami dla dzieci, a „Trzeci znak” to jej pierwsza powieść dla dorosłych i początek cyklu kryminałów z Thorą w roli głównej. Z niecierpliwością czekam na następne części!

08.09.2008

Douglas Adams: "W zasadzie niegroźna"


"W zasadzie niegroźna" to ostatni już tom "trylogii w pięciu częściach" Douglasa Adamsa. Tytuł książki to jedyne, co pozostało na temat Ziemi w kolejnej edycji przewodnika "Autostopem przez Galaktykę" po opracowaniu przez redaktorów wydawnictwa materiałów, które Ford Perfect zbierał przez 15 lat. Cały cykl, jak i poszczególne jego części, ma luźną strukturę: fabuła rozpada się na szereg historyjek i epizodów gęsto przeplatanych dygresjami. Chwilami można się w tym pogubić i nabrać przekonania, że jest to po prostu totalna zgrywa ze wszystkiego, a autor mnożąc kolejne, coraz bardziej absurdalne pomysły, zdążył zapomnieć, o czym pisał w poprzednich tomach. Na koniec okazuje się jednak, że poszczególne wątki w logiczny sposób łączą się ze sobą, a fabuła, zatoczywszy wielkie koło, wraca do punktu wyjścia. W kulminacyjnej scenie nareszcie ujawnia się sens enigmatycznej odpowiedzi na pytanie o Życie, Wszechświat i Całą Resztę...
"W zasadzie niegroźna", tak jak i poprzednie części cyklu, zawiera wiele dowcipnych, często zjadliwych, ale celnych obserwacji, m.in. na temat wielkich korporacji, telewizji, pędu do kariery, postępu technicznego. Świetny jest opis awarii statku kosmicznego, w którym każdy użytkownik komputera może bez trudu rozpoznać własne problemy i frustracje związane z posługiwaniem się oprogramowaniem Microsoftu (te idiotyczne komunikaty o błędach!). Tekst jest za długi, żeby go przytaczać, zacytuję więc krótki fragment również odnoszący się do zaawansowanej technologii i zweryfikowany doświadczeniem:
Główna różnica między tym, co może się zepsuć, a tym, co nie może się w żaden sposób zepsuć polega na tym, że jeśli zepsuje się to, co nie może się w żaden sposób zepsuć, zwykle okazuje się, że nie można tego ani zdemontować, ani naprawić.

04.09.2008

Ernest Hemingway: "Słońce też wschodzi"


Po przerwie spowodowanej wakacyjnymi wyjazdami oraz awarią komputera ciężko mi wrócić do pisania, a tymczasem stos przeczytanych książek stale się powiększa. Cóż, spróbuję jakoś się uporać z zaległościami. Na pierwszy ogień - pierwsza powieść Ernesta Hemingwaya.
Akcja toczy się w latach '20, głównym bohaterem i narratorem jest amerykański dziennikarz Jake Barnes. Kocha on z wzajemnością Angielkę lady Brett Ashley. Ale romansu nie będzie - ich miłość musi pozostać niespełniona z powodu ran, jakie odniósł na wojnie. On wydaje się pogodzony z losem, stara się nie myśleć o swoim kalectwie. Ona się miota i sypia z kim popadnie. Oboje ostro piją, podobnie jak ich towarzystwo złożone z pisarzy, artystów, arystokratów i obiboków. Najpierw w Paryżu, później w Hiszpanii, dokąd udają się łowić ryby i oglądać walki byków podczas Sanfermines w Pampelunie.
"Słońce też wschodzi" próbowałam przeczytać już jako nastolatka, ale szybko się zniechęciłam. Mimo upływu lat gust mi się widocznie nie zmienił, bo walczyłam z pokusą, żeby ją szybciutko odłożyć na półkę. Dawno żadna książka tak mnie nie znudziła. Brnęłam przez nią z samozaparciem spodziewając się jakiegoś dramatycznego rozstrzygnięcia, ale się go nie doczekałam. Nie dość, że akcja jest wątła, to opisy wyglądają tak, jakby Hemingway przeprowadzał inwentaryzację: są dokładne, wręcz drobiazgowe, ale suche, brak im zmysłowości, nie stwarzają nastroju. Np. wylicza ulice, które bohater przemierza w drodze z biura do baru i skrzętnie rejestruje wszystkie jego czyności po wstaniu z łóżka. Do tego dodać należy irytujące postacie, szczególnie Brett. Ta femme fatale zawdzięcza powodzenie u mężczyzn urodzie i przystępności, a może też umiejętności dotrzymania im kroku w konsumpcji alkoholu. Za to nie grzeszy rozsądkiem, obca jest jej również dyskrecja, umiejętność przewidywania konsekwencji swoich czynów i brania za nie odpowiedzialności. Kobieta ma 34 lata i dwa małżeństwa za sobą, a zachowuje się jak niedojrzała gąska. Jake natomiast wydaje mi się wyidealizowany, podejrzewam, że autor sportretował siebie takim, jak chciał być postrzegany.
Najlepsze, moim zdaniem, są w książce fragmenty dotyczące corridy i sylwetki matadorów - czuje się, że Hemingway znał i rozumiał ten świat. I jeszcze słynna odpowiedź Mike'a Campbella na pytanie, w jaki sposób zbakrutował: "Na dwa sposoby. Stopniowo, a potem nagle." Trochę mało, jak na dzieło noblisty. Toteż dziwi mnie, że "Słońce też wschodzi" figuruje na liście najlepszych współczesnych powieści anglojęzycznych (http://www.time.com/time/2005/100books/the_complete_list.html), a "De Agostini" wydało tę książkę w serii Arcydzieła Literatury Współczesnej. Jeśli ktoś z Szanownych Czytelników dostrzegł w niej jakieś walory, które ja prześlepiłam, będę wdzięczna za komentarz z ich wskazaniem.

04.08.2008

Jacek Komuda: "Czarna szabla"


Miałam z tą książką istną komedię pomyłek. Nie czytałam dotąd nic Jacka Komudy, choć nazwisko obiło mi się o uszy i sądziłam, że to fantasy. Pewnie dlatego, że wydawnictwo Fabryka Słów kojarzy mi się z tym gatunkiem. Tymczasem pisze on, jak to określono na okładce, "thrillery historyczne i easterny z XVII wieku", niejako polemizując z Sienkiewiczem i jego naśladowcami.
Biorąc do ręki "Czarną szablę" byłam przekonana, że mam do czynienia z powieścią i dopiero po kilku stronach drugiego opowiadania zorientowałam się, że to zbiór opowiadań właśnie! Za usprawiedliwienie mojego gapiostwa niech posłuży ta okoliczność, że opowiadania podzielone są na krótkie rozdziały, a każdy z nich opatrzony tytułem. Ponadto pierwsze z nich zakończyło się (a raczej urwało) zupełnie niespodziewanie - jeden autor wie, dlaczego akurat w tym momencie, a nie wcześniej lub później.
Jak z powyższego nietrudno odgadnąć, mam zarzuty co do formy dzieła i jego konstrukcji. Pretensji ciąg dalszy: autor się powtarza. Te ciągłe pojedynki, bijatyki, ucieczki, pogonie i niespodziewane odsiecze są do siebie bliźniaczo podobne i wywołują wrażenie monotonii, a nie o to przecież chodzi w literaturze przygodowej. Co gorsze, Komuda wielokrotnie opisuje je używając tych samych słów, a nawet całych fraz. To samo dotyczy opisów przyrody. A już sceny miłosne zupełnie mu się nie udały - są po prostu kiepskie. Co do głównego bohatera, to wykazuje zdumiewające podobieństwo do wiedźmina Geralta. Pan Jacek Dydyński, zajezdnik, tak jak bohater Sapkowskiego, za pieniądze broni słabych i uciśnionych, tyle tylko, że nie zabija potworów, a ludzi, choć bywa, że są to potwory w ludzkiej skórze. Dodam jeszcze, że z początku nic nie wskazuje na to, że to on jest głównym bohaterem: w pierwszym opowiadaniu odgrywa rolę drugoplanową, zaś w ostatnim zastępuje go syn.
Trzeba Komudzie oddać sprawiedliwość, że jako historyk z wykształcenia zna realia epoki, w której umieścił akcję swojej książki. Sypie nazwami broni, ubiorów, elementów architektury cerkiewnej itp., itd. Mimo ewidentnych niedociągnięć tej prozy przeczytałam jego opowiadania z niejakim zainteresowaniem. Szczególnie "Nobile verbum" mnie wciągnęło, jest nastrojowe, dość zaskakujące i, moim zdaniem, najlepiej skonstruowane.

31.07.2008

Henning Mankell: "Comédia infantil"


Piekarz José Antonio Maria Vaz słyszy w nocy strzały dobiegające z teatru sąsiadującego z piekarnią. Na scenie znajduje rannego chłopca - przywódcę bandy bezdomnych dzieci. Zanosi go na dach budynku, opatruje i dogląda przez dziewięć kolejnych nocy, a Nelio opowiada mu swoją historię. Po śmierci chłopca Vaz nie potrafi już wrócić do dawnego życia - jego misją staje się przekazanie innym usłyszanej opowieści.
Henninga Mankella poznałam i polubiłam jako autora powieści kryminalnych. Szwedzki pisarz mieszkający w Mozambiku już w cyklu o komisarzu Wallanderze zawarł pewne wątki afrykańskie, dowiódł też swojej wrażliwości społecznej. Mimo to "Comédia infantil" mnie zaskoczyła. To powieść w zupełnie innym stylu, bardziej przypomina książki autorów latynoamerykańskich z nurtu realizmu magicznego niż znane mi już kryminały Mankella. Narratorem jest Vaz, a więc oglądamy świat z perspektywy Afrykanina, dla którego wymiar duchowy jest równie naturalny jak rzeczywistość materialna. Magia jest tu wszechobecna, ludziom towarzyszą duchy przodków, a jaszczurki udzielają im rad. Toteż w powieści nieustannie przeplatają się sceny realistyczne z baśniowo-onirycznymi. Nelio nie jest zwyczajnym, choć boleśnie doświadczonym i przedwcześnie dojrzałym dziesięciolatkiem, ale bohaterem ludowej legendy. Ten mały ulicznik cieszy się niezwykłym autorytetem nie tylko wśród rówieśników, którym przewodzi. Ludzie widzą w nim obdarzonego uzdrowicielską mocą proroka.
Również inne postacie zapadają w pamięć: chłopcy z bandy Nelia - ofiary wojny domowej, a czasem także własnych rodziców; Deolinda - jedyna dziewczynka, która do nich na pewien czas dołączyła; dona Esmeralda - sędziwa dama, właścicielka piekarni, którą otworzyła, aby sfinansować swoją pasję teatralną; Yabu Bata - karzeł i albinos, od 19 lat poszukujący swojej ścieżki, przewodnik Nelia w drodze do miasta; senhor Castigo - kieszonkowiec mieszkający w grobowcu; pani Muwulene - czarownica i uzdrowicielka hodująca węże w garażu obok sądu.
"Comédia infantil" przypomina, że współczesny świat nie ogranicza się do bogatych krajów Zachodu, że w istocie te enklawy dobrobytu otacza morze nędzy. Mankell ujmuje się za ludźmi upośledzonymi, wyrzuconymi na margines społeczny, chce im przywrócić godność. Pokazuje, że każdy z nich jest indywidualnością. Jego bohaterowie mają swoje marzenia, a nawet chwile radości, ale nie mają perspektyw na przyszłość. Ich życie to codzienna walka o przetrwanie.
Poruszająca powieść, a przy tym oryginalna, pełna symboli i metafor, wielowarstwowa.

23.07.2008

Douglas Adams: "Cześć, i dzięki za ryby"


Kolejna, czwarta już część "trylogii w 5 tomach" zapoczątkowanej "Autostopem przez galaktykę". Po poprzedniej, bardzo chaotycznej ta jest o dziwo spójna i uporządkowana, ogranicza się w zasadzie do jednego wątku. Rozstajemy się na dobre z Zaphodem i Trillian, Ford Prefect włącza się do akcji tylko w kilku decydujących momentach, a depresyjny robot Marvin pojawia się dopiero na samym końcu. Zaś główny bohater powraca na Ziemię. Jak to możliwe, skoro przed 8 laty zmieciono ją z powierzchni wszechświata, aby zrobić miejsce dla nowej trasy transgalaktycznej? Czy to aby na pewno ta sama planeta, czy może jej replika? A może atak przypuszczony przez statki kosmiczne Vogonów był zbiorową halucynacją wywołaną przez CIA? Tak sądzi większość ludzi oprócz Artura, pewnej dziewczyny imieniem Fenchurch i uczonego - badacza delfinów, który ponoć zwariował. Niepokojem napawa ich tajemnicze zniknięcie tych ssaków. "Cześć, i dzięki za ryby" to ich pożegnalne przesłanie dla ludzkości.
Jak w poprzednich częściach, tak i w tej Adams zawarł dużo absurdalnego humoru, ale i celnych spostrzeżeń. Oto próbka:

Późnym wieczorem pojechali na Mulholland Drive między wzgórzami Hollywoodu. Zatrzymali się, by podziwiać olśniewające morze migoczących świateł, jakim jest Los Angeles, potem zatrzymali się jeszcze raz, by podziwiać olśniewjące morze migoczących świateł, jakim jest Dolina San Fernando. Byli zgodni co do tego, że o ile olśnione są ich oczy, to olśniona nie czuje się żadna inna część ciała, przedstawienie ich nie wzrusza i są rozczarowani. Same w sobie oba dramatyczne morza światła były znakomite, ale światło jest po to, by coś oświetlać, kiedy zaś przejechali przez to, co owe dramatyczne morza świateł oświetlały, nie wiedzieli, czym się zachwycać.

22.07.2008

Jane Austen i pewna dama: "Sanditon"


Ostatnia powieść Jane Austen pozostała niedokończona z powodu śmierci autorki. Po latach kontynuacji podjęła się pisarka i dziennikarka Marie Dobbs, rozwijając wątki zarysowane przez Austen w pierwszych 11 rozdziałach, naśladując jej styl narracji i typowe dla jej twórczości schematy fabularne.
Tytuł powieści jest nazwą nadmorskiej miejscowości, którą najbardziej wpływowi mieszkańcy pragną przemienić w modny kurort, aby zarabiać na letnikach. Główna bohaterka, 22-letnia Charlotta Heywood, spędza tam lato w gościnie u państwa Parkerów. Poznaje najważniejsze miejscowe persony, a z czasem grono jej nowych znajomych powiększa się o przyjezdnych, m.in. rodzeństwo pana domu. Pojawiają się typy dobrze znane z innych powieści Austen: bogata i apodyktyczna stara dama, hipochondrycy, których mimo licznych boleści rozpiera energia i - jakżeby inaczej - kilka panien na wydaniu i kawalerów do wzięcia. Całe to towarzystwo wywodzące się z klasy próżniaczej spędza czas na sąsiedzkich wizytach, przechadzkach po okolicy i towarzyskich konwersacjach. Gwoli urozmaicenia organizują bal i wycieczkę powozami do konkurencyjnego uzdrowiska, a nawet zażywają morskich kąpieli w maszynie kąpielowej. Jak zwykle u Austen, głównym problemem jest znalezienie właściwego kandydata na męża. Charlotta jest dziewczyną rozsądną i bystrą obserwatorką, ale mimo to zakocha się w mężczyźnie, którego intencji nie będzie do końca pewna.
Akcja powieści toczy się w tym samym mniej wiecej czasie, co "Wichrowych Wzgórz", ale jej nastrój jest zgoła odmienny. Nie ma tu wiekich, zgubnych namiętności ani mrocznych charakterów. Baronet pozujący na bohatera romantycznych poematów, które nieustannie cytuje nie ma w sobie nic z demonicznego Heathcliffa - to figura raczej śmieszna niż złowroga, potraktowana, jak większość postaci, z właściwą pisarce ironią.
Bardzo lubię książki Jane Austen, ich nieśpieszny rytm, świetnie podpatrzone i opisane z humorem ludzkie charaktery. Po przeczytaniu sześciu powieści, które zdążyła ukończyć pozostały mi tylko te niedokończone. Chociaż "Sanditon" nie jest w 100% jej dziełem i chwilami pobrzmiewa w nim jakiś obcy ton, czytało mi się całkiem przyjemnie.

07.07.2008

Emily Brontë: "Wichrowe Wzgórza"


Ostatnio tak mi się porobiło, że przeczytanych książek wciąż przybywa, ale nie przekłada się to na liczbę postów na blogu. Trochę brakuje mi czasu z racji innych zajęć, ale przede wszystkim chęci i, że się tak wyrażę, weny. Po prostu nie potrafię ubrać w słowa moich wrażeń z lektury, zwłaszcza, gdy chodzi o dzieło tak wieloznaczne jak "Wichrowe Wzgórza". Kiedy przed laty pierwszy raz czytałam tę powieść wiele treści umknęło mej uwadze, a teraz, po powtórnej lekturze też nie czuję się dużo mądrzejsza.
Na pozór jest to prosta historia o miłości i nienawiści popychającej do okrutnej zemsty. Miłości silniejszej od śmierci i nienawiści tak potężnej, że każe się mścić na dzieciach za krzywdy doznane od ich rodziców. Ale tę książkę można interpretować na rozmaite sposoby, odnajdywać w niej treści psychologiczne, społeczne, moralne, metafizyczne. I mimo to nie rozszyfrować jej do końca. Mam wrażenie, że w "Wichrowych Wzgórzach" istnieje jakaś warstwa, która podobnie jak w przypadku baśni i mitów, odwołuje się do podświadomości: raczej się ją wyczuwa niż rozumie. Te ukryte znaczenia trudno jest zanalizować i wyartykułować. Ja w każdym razie nie czuję się na siłach.
Jedyna powieść Emily Brontë zdumiewa siłą wyrazu, niezwykłością wizji łączącej realizm z romantyzmem i mistycyzmem, dojrzałością literacką. Stała się inspiracją dla wielu artystów do stworzenia dzieł z różnych dziedzin sztuki. "Wichrowe Wzgórza" wielokrotnie filmowano, ale żadna ekranizacja nie oddaje w pełni bogactwa tej prozy, niuansów psychologicznych i niesamowitego nastroju. To po prostu trzeba przeczytać.

26.06.2008

Robert McLiam Wilson: "Zaułek łgarza"


Bohater, a zarazem narrator debiutanckiej powieści Roberta McLiama Wilsona (chyba w pewnej mierze autobiograficznej) tak mówi o sobie:
Mam dwadzieścia jeden lat, nazywam się Ripley Bogle, a zajmuję się głodowaniem, marznięciem i histerycznym łkaniem.
Mam w sobie krew irlandzką i walijską. Wybaczcie mą być może brutalną szczerość, kiedy powiem, że w tym momencie mam przesrane. Nigdy nie mogłem się zdecydować, kogo nienawidzę bardziej: Irlandczyków czy Walijczyków (choć Walijczycy zwykle wygrywają o pół łba).
A dalej dodaje:
Dla mnie historia jakby się zatrzymała. Na moje własne życzenie. Wysiadłem z jej wózka i wymościłem sobie leże porażką i upadkiem. Skapitulowałem przed światem, wymknąłem mu się tak cicho i dyskretnie, jak tylko zdołałem. Teraz jestem tu i cieszę się z tego. Od roku nie zagrzałem miejsca pod żadnym dachem. Straszne, co? Moje mięśnie i ścięgna rozpadają się z przemęczenia. Wychłodzone ciało przybiera szary odcień. Jestem czymś więcej niż tylko bezdomnym. Jestem klaustrofobikiem, pustelnikiem, prorokiem, straceńcem, zerem! Jestem symbolem epoki.
I bardzo dobrze czuję się w tej roli.
Kiedyś mogłem nazwać się kimś. Byłem wychwalanym, pieszczonym, fetowanym mądralą. Teraz jestem nikim, nikt mnie nie zna i już ledwie istnieję. Popadłem w cielesność, rozmywam się wśród rzeczywistości. Jestem przedwczorajszy.

Przez cztery dni towarzyszymy wędrówkom Ripleya po Londynie, oglądamy miasto oczami kloszarda i poznajemy historię jego życia. Dowiadujemy się, jak wyglądało dorastanie w ogarniętym przemocą Belfaście chłopaka z ubogiej, katolickiej rodziny, jak na przekór okolicznościom dostał się na prestiżowe studia w Cambridge, dlaczego zmarnował swoją szansę i ostatecznie wylądował na ulicy.
"Zaułek łgarza" nie od razu wzbudził mój zachwyt - tematyka powieści niezbyt mnie pociągała. Ale z każdą kolejną stroną rósł mój podziw dla talentu autora: jak on potrafi opowiadać! Ile refleksji, odczuć i emocji zawarł w tej książce! Styl i język, jakim się posługuje, jest bardzo urozmaicony, od wzniosłego, niekiedy kwiecistego po potoczny, a nawet dosadny. Tragizm i groza nieustannie się przeplatają z komedią, sarkazm z liryką i sentymentalizmem, sceny realistyczne z tchnącymi absurdem. Wilson pokazuje, że można tworzyć wartościową literaturę, nowoczesną w formie, a przy tym przystępną i atrakcyjną dla czytelnika. Nie mogę się oprzeć pokusie zamieszczenia jeszcze jednego cytatu:
Tatuś był ucieleśnieniem szacowności. Nie pamiętam dokładnie, jakie zajmował stanowisko - króla Anglii, Boga wszechmogącego lub kogoś w tym rodzaju - dość, że był zabójczo wielkopański.
A na koniec Wilson zupełnie mnie zaskoczył. Chociaż mając na uwadze polski tytuł powieści nastawiona byłam na jakąś niespdziankę, takiego zwrotu akcji nie przewidziałam.
Świetna powieść, jedna z najlepszych, jakie zdarzyło mi się czytać. Gorąco polecam, ale ostrzegam, że "Zaułek łgarza" zawiera dużą dawkę okrucieństwa i dla osób bardzo wrażliwych może się okazać zbyt drastyczny.

19.06.2008

Douglas Adams: "Życie, wszechświat i cała reszta"


"Życie, wszechświat i cała reszta" to kontynuacja humorystycznego cyklu S-F Douglasa Adamsa. Niestety, książka jest słabsza od dwóch poprzednich - chaotyczna fabuła sprawia wrażenie zlepionej do kupy z dość przypadkowo dobranych epizodów. Absurdalność niektórych pomysłów jest tak daleko posunięta, że każe się zastanawiać, jakie substancje zażywał autor podczas pisania tej powieści. Nie wiem, czy to chwilowy spadek formy, czy też ta formuła już się wyczerpała - przeczytam kolejną część, żeby się przekonać.
Tak czy owak, spodobał mi się wątek o mieszkańcach planety Krikkit, którzy nagle dowiedzieli się, że oprócz ich świata jest coś jeszcze. Nie umieli sobie poradzić z ideą istnienia wszechświata zupełnie nie przystającą do ich koncepcji, więc postanowili go zniszczyć. Przy tej okazji Adams formułuje trafną acz pesymistyczną opinię na temat szans powodzenia w walce z fanatykami:
"Nie jesteśmy niczym fanatycznie opętani, rozumiecie! [...] I to rozstrzyga o wszystkim, nie możemy wygrać z fanatyzmem. Im zależy, nam nie. Muszą zwyciężyć."
Oby nie okazał się porokiem!

11.06.2008

Sue Townsend: "Adrian Mole i broń masowego rażenia"


Moja znajomość z Adrianem Molem zaczęła się dawno temu od arcyzabawnego serialu brytyjskiego emitowanego w TVP. Nieco później przeczytałam "Sekretny dziennik Adriana Mole'a lat 13 i 3/4" i kolejne książki Sue Townsend: "Bolesne dojrzewanie Adriana Mole'a", "Szczere wyznania Adriana Alberta Mole'a, Margaret Hildy Roberts i Susan Lilian Townsend" oraz "Adrian Mole. Czas Cappuccino". Gdzieś mi umknął "Adrian Mole. Na manowcach" (zdaje się, że polscy wydawcy coś pokręcili z kolejnością tomów i ich tytułami) i po latach dotarłam do części VI pt. "Adrian Mole i broń masowego rażenia".
Choć bohater przekroczył już trzydziestkę i dorobił się dwójki dzieci, wciąż jeszcze nie dojrzał. Jest tym samym nieudacznikiem oderwanym od rzeczywistości, który wszelkie niepowodzenia życiowe przyjmuje z iście angielską flegmą. Nic nie jest w stanie zburzyć jego wysokiego mniemania o sobie. Nadal roi o karierze literackiej i wbrew oczywistości uważa się za intelektualistę wyrastającego ponad otoczenie. A życie nie szczędzi mu problemów. Adrian przeprowadza się do mieszkania, na które go nie stać i wyposaża je na kredyt w bajeranckie meble i luksusowe gadżety. W efekcie zadłuża się na kwotę astronomiczną w stosunku do swoich mizernych zarobków. Pochopnie zawiera bliższą znajomość z pewną koszmarną panienką, po czym nie potrafi się od niej uwolnić. Dziewczyna i jej równie okropni rodzice robią wszystko, aby go zaciągnąć na ślubny kobierzec, a Mole coraz bardziej wikła się w zastawioną przez nich pułapkę. Z kolei rodzicom Adriana na stare lata zachciało się zmian, co przywiodło ich na pewien czas do koczowania w szczerym polu. A tymczasem Tony Blair oświadcza, że Saddam Husajn posiada broń masowego rażenia i Wielka Brytania przystępuje do wojny z Irakiem. Adrian Mole święcie wierzy deklaracjom premiera, ale lęka się o syna, który odbywa służbę wojskową.
Sue Townsend uprawia satyrę społeczno-polityczną. W swoim cyklu książek w krzywym zwierciadle ukazuje dysfunkcjonalną rodzinę, angielskie społeczeństwo z jego podziałami klasowymi, polityków - od pani Thatcher po New Labour Party. Szczególnie w ostatnim tomie widać oddziaływanie wielkiej polityki na życie zwykłych ludzi. "Adrian Mole i broń masowego rażenia" jest książką śmieszną, ale niewesołą, momentami gorzką.

04.06.2008

Mario Vargas Llosa: "Zielony dom"


To pierwsza książka Vargasa Llosy, po którą sięgnęłam przed wielu laty i poniechałam po kilkunastu stronach. Dopiero teraz, mając za sobą lekturę innych jego powieści, zdecydowałam się na następne podejście. I znów napotkałam opór. Kusiło mnie, żeby ją odłożyć, ale tym razem dobrnęłam do końca.
Tytułowy "Zielony dom" to przybytek uciech - zarazem burdel, knajpa i tancbuda - położony na peryferiach Piury. Akcja powieści rozgrywa się w tym pustynnym mieście, a także w osadzie Santa María de Nieva i lasach deszczowych Amazonii. Tematem wiodącym są relacje między "cywilizowanymi" Peruwiańczykami i rdzennymi mieszkańcami puszczy. Ci pierwsi to przedstawiciele władzy, a także zakonnice, które z pomocą żołnierzy porywają indiańskie dziewczynki, aby wychować je na chrześcijanki oraz handlarze kauczukiem wykorzystujący "dzikusów" i podsycający wrogość między plemionami dla swoich interesów. Pisarza bardziej interesuje zbiorowość niż jednostki: przez powieść przewija się tłum postaci, ale są one nie tyle indywidualnościami, co reprezentantami pewnych środowisk i grup społecznych. W narracji przemieszane są epizody rozgrywające się w różnych miejscach i czasach, w relację wplecione są dialogi prowadzone przez rozmaite osoby; te same wydarzenia ukazane są z innych punktów widzenia. Sprawia to wrażenie, że wszystko dzieje się jednocześnie i przedstawione jest obiektywnie, ale ciężko się chwilami połapać, co, gdzie, kiedy i komu się przytrafiło. O ile w "Rozmowie w "Katedrze"" podobna technika znajdowała uzasadnienie w fabule, to tutaj wydaje mi się sztuką dla sztuki. Zastanawiałam się, czy ta historia (a raczej szereg historii) wiele by straciła, gdyby autor napisał ją w bardziej tradycyjny sposób, łatwiejszy do przyswojenia przez czytelnika. Nie mogę się oprzeć wrażeniu, że mam do czynienia z przerostem formy nad treścią.
Twórczość Vargasa Llosy budzi we mnie mieszane uczucia: za "Rozmowę w "Katedrze"" dałabym mu Nobla; podobało mi się jeszcze kilka jego powieści i opowiadań, ale przez "Wojnę końca świata" z trudem przebrnęłam, a "Zeszyty don Rigoberta" mnie zirytowały i rozczarowały. "Zielony dom" w końcu zmęczyłam, ale i on mnie zmęczył.

22.05.2008

Jonathan Kellerman: "Nad krawędzią"


W środku nocy doktora Alexa Delaware, psychologa dziecięcego, wyrywa ze snu telefon od byłego pacjenta. Jamey Cadmus, którym zajmował się przed 5 laty, był cudownym dzieckiem z problemami, geniuszem wyobcowanym z otoczenia. Teraz dzwoni ze szpitala psychiatrycznego w stanie ostrej psychozy i błaga o pomoc. Alex niezwłocznie odpowiada na wezwanie, ale kiedy dociera na miejsce, okazuje się, że chłopak uciekł z kliniki. Następnego dnia zostaje odnaleziony z nożem w ręku na miejscu zbrodni i oskarżony o serię brutalnych morderstw. Adwokat Jamey'a chce wykazać niepoczytalność swojego klienta i prosi psychologa o opinię. Delaware zgadza się na współpracę, bo choć dowody świadczą przeciwko Cadmusowi, sprawa budzi jego wątpliwości. Czy aby napewno zabójstwa są dziełem szaleńca? A może zostały zaplanowane i dokonane z zimną krwią przez psychopatę?
Jonathan Kellerman jest autorem bardzo poczytnych thrillerów psychologicznych, dobrze skonstruowanych, z wartką akcją i często zaskakującym zakończeniem. Na tle współczesnej amerykańskiej literatury sensacyjnej, która sprawia wrażenie produkowanej masowo spod sztancy, jego powieści wyróżniają się na korzyść, są bardziej przemyślane i dopracowane. Kellerman sprawnie posługuje się językiem, pisze żywe dialogi, a w opisach stosuje interesujące porównania i metafory. Jako psycholog z wykształcenia potrafi tworzyć wiarygodne postacie, nie nadużywa przy tym specjalistycznego żargonu, a wyjaśniając motywy zbrodni unika łopatologii i psychoanalizy dla ubogich, jaką często nam serwują w hollywoodzkich filmach. Przeczytałam kilka jego powieści o Alexie Delaware i "Nad krawędzią" najbardziej mi się spodobało.

13.05.2008

Robert Louis Stevenson: "Wyspa skarbów"


I znów powieść przygodowa - chyba ostatnio nasiliły się u mnie tendencje eskapistyczne.
Z twórczości Roberta Louisa Stevensona jak dotąd czytałam tylko nowelę "Doktor Jekyll i pan Hyde". "Wyspę skarbów" znałam tylko z ekranizacji i tak by pewnie zostało, gdyby książka nie pojawiła się w nader przystępnej cenie w... hipermarkecie.
Akcja powieści toczy się w XVIII wieku i koncentruje wokół poszukiwań złota zrabowanego przez piratów i zakopanego na bezludnej wyspie. Głównym bohaterem i narratorem powieści jest Jim Hawkins, syn właściciela nadmorskiej gospody, w którego ręce trafia mapa z zaznaczonym miejscem ukrycia skarbu legendarnego kapitana Flinta. Miejscowy dziedzic, któremu chłopak pokazał swoje znalezisko, organizuje wyprawę: kupuje i wyposaża szkuner, werbuje załogę. Nie podejrzewa, że na statek zaciągnęli się byli kompani sławnego korsarza, zwabieni nadzieją odzykania łupów. Nieuchronnie musi dojść do walki z piratami na śmierć i życie.
"Wyspa skarbów" to klasyka powieści przygodowej, która ukształtowała popularne wyobrażenia o piratach, często odtąd przedstawianych na wzór Długiego Johna Silvera - bez nogi, z gadającą papugą na ramieniu. Ten czarny charakter jest niewątpliwie najciekawszą osobowością, ale i inne książkowe postacie, choć potraktowane szkicowo, są zróżnicowane, tak jak i język, którym się posługują. Wprawdzie to literatura młodzieżowa, z której dawno powinnam była wyrosnąć, ale uważam, że prezentuje dobry poziom literacki. I całkiem miło się ją czytało.

08.05.2008

Isabel Allende: "Zorro. Narodziny legendy"


Zorro to jeden z bohaterów mojego dzieciństwa. Przed laty z zapałem śledziłam jego przygody w starym serialu telewizyjnym. Wiedziona dawnym sentymentem sięgnęłam po książkę "Zorro. Narodziny legendy". Ciekawa byłam, jak chilijska pisarka ujęła temat i potraktowała tę postać, znaną powszechnie, ale głównie z ekranu. (Czytał ktoś powieść Johnstona McCulleya? Bo ja nie).
Isabel Allende opowiada o tym, jak don Diego de la Vega, potomek hiszpańskego szlachcica stał się Zorro - tajemniczym mścicielem w czarnej masce, obrońcą uciśnionych, wymierzającym sprawiedliwość na własną rękę. Dowiadujemy się, kim byli jego rodzice, jakie wychowanie otrzymał, gdzie się kształcił i uczył fechtunku, skąd czerpał inspiracje, jakie ideały mu przyświecały i jakie wydarzenia ukształtowały jego charakter i postawę życiową. Akcja rozpoczyna się w Kalifornii u schyłku XVIII wieku, przenosi do Hiszpanii okupowanej przez wojska napoleońskie i kończy w Los Angeles 20 lat później. Autorka nie szczędzi atrakcji: są tu zbrojne potyczki, pojedynki na szpady i pistolety, brawurowe ucieczki z więzienia; Indianie i Cyganie, piraci, masoni i kapłanka voodoo; dla każdego coś miłego. Ale jak na powieść przygodową za mało w niej dynamiki i dramatyzmu - w żadnym momencie nie czułam, że znajduję się w samym środku wydarzeń, tylko, że otrzymuję relację z drugiej ręki, czasem wręcz streszczenie. Wygląda na to, że talent gawędziarski Allende nie bardzo sprawdza się w tym gatunku. Podejrzewam też, że pisarka, w przeciwieństwie do Pereza-Reverte i Sapkowskiego, nie wyznaje się na białej broni i szermierce (ani marynistyce), stąd wrażenie, że w scenach batalistycznych prześlizguje się nieco po temacie. Kolejny zarzut dotyczy charakterystyki postaci - niestety, wszystkie szeleszczą papierem. Autorka szczodrze wyposażyła swojego bohatera we wszelkie zalety i umiejętności, ale o tym, że je posiada, dowiadujemy się od narratorki. Wolałabym sama o nich wnioskować na podstawie jego zachowania i wypowiedzi. A tymczasem kilkakrotnie czytam o nieodpartym uroku osobistym Diega, po czym okazuje się, że - o dziwo - jego młodzieńcza miłość pozostała obojętna na te wdzięki.
"Zorro" czyta się lekko i na ogół przyjemnie, ale jako powieść przygodowa wypada raczej blado. Wbrew temu, co piszą amerykańscy recenzenci, Allende niezbyt się udało tchnąć życie w legendarnego bohatera, za to pozbawiła go otoczki tajemniczości. Może zabrakło jej serca do tego tematu - tak bywa z utworami pisanymi na zamówienie.

30.04.2008

Aleksandra Marinina: "Zabójca mimo woli"


Najnowsza, siódma z kolei powieść Aleksandry Marininy z cyklu o major Kamieńskiej wydana w Polsce.
Przyrodni brat Anastazji prosi ją o sprawdzenie swojej kochanki, którą podejrzewa o związki ze światem przestępczym. Kamieńska ze swej strony zwraca się o pomoc do gangstera, który ma wobec niej dług wdzięczności. Jego człowiek wyznaczony do obserwacji dziewczyny szybko przekonuje się, że nie jest jedyną osobą, która się nią interesuje. Co więcej, mężczyznę, który podąża jej tropem, też ktoś śledzi... Przypadkowo splotły się losy różnych ludzi, a Kamieńska, przy okazji prywatnego dochodzenia, odnajduje zabójcę milicjanta i natrafia na międzynarodową aferę. Do tego dochodzą reperkusje tragedii sprzed lat, która położyła się cieniem na życiu pewnej rodziny.
"Zabójca mimo woli" to jedna z lepszych powieści Marininy, jakie czytałam. Autorka sprawnie prowadzi narrację przeplatając kilka wątków i różne punkty widzenia. Obok intrygi kryminalnej są tu niezłe portrety psychologiczne i opis stosunków międzyludzkich (choćby różnych modeli życia rodzinnego i małżeńskiego) we współczesnej Rosji. Gdybyż jeszcze główna bohaterka dała się bardziej lubić!

25.04.2008

Carlos Ruiz Zafón: "Cień wiatru"


Daniel Sempere, syn księgarza i antykwariusza, zaprowadzony przez ojca w miejsce zwane Cmentarzem Zapomnianych Książek i znane tylko wtajemniczonym, spośród tysięcy tomów ma wybrać jeden, aby ocalić go od zapomnienia. Spontanicznie sięga po książkę "Cień wiatru" Juliana Caraxa, nie przeczuwając, że ta decyzja, podjęta w wieku dziesięciu lat, zaważy na całym jego życiu. Zafascynowany lekturą pragnie przeczytać inne powieści tego autora i ze zdziwieniem dowiaduje się, że jest on prawie zupełnie nieznany. Jego książki ukazały się w niewielkich nakładach i kiepsko się sprzedawały. Większość spłonęła w magazynie, a komuś bardzo zależy na odnalezieniu i zniszczeniu pozostałych egzemplarzy. Daniel pragnie dowiedzieć się jak najwięcej o pisarzu, który wzbudza tak silne emocje. W miarę poznawania kolejnych faktów z życia Caraxa, odkrywa wciąż nowe tajemnice i nieświadomie ściąga niebezpieczeństwo na siebie i osoby, które pomagają mu w poszukiwaniach.
"Cień wiatru" to światowy bestseller, a do bestsellerów podchodzę sceptycznie. Ale słyszałam tyle zachwytów nad tą powieścią, że po prostu musiałam ją przeczytać i sprawdzić, czy i mnie przypadnie do gustu. Książka wciągnęła mnie jak rzadko która, z trudem odrywałam się od lektury. Carlos Ruiz Zafón zgrabnie połączył w niej różne gatunki literackie, wątki i motywy znane skądinąd i nasycił ją niezwykłym nastrojem. Książka zawiera elementy powieści obyczajowej, przygodowej, romansu, kryminału i horroru. Opowiada o tragicznej miłości, przyjaźni i nienawiści, szaleństwie i pragnieniu zemsty. A także o roli literatury i sile oddziaływania książki na czytelnika. W tle ukazana jest Hiszpania epoki Franco, ze społeczeństwem wyraźnie podzielonym na zwycięzców i zwyciężonych. Główna akcja toczy się w Barcelonie w latach 50., ale retrospekcje sięgają czasów wojny domowej i wcześniej, do początków XX wieku. Opisy miasta są bardzo sugestywne, a zamieszczone w książce czarno-białe fotografie Francesca Català-Roca znakomicie współgrają z nostalgicznym klimatem powieści.
"Cień wiatru" nie jest arcydziełem literackim, ale powieść naprawdę dobrze się czyta. I choć paru rzeczy możnaby się przyczepić, to tym razem daruję sobie krytykanctwo: podobała mi się, polecam.

16.04.2008

William Golding: "Spadkobiercy"

Po komediowej futurystyce coś z przeciwnego bieguna: prehistoria w tonacji poważnej.
Grupa Neandertalczyków, powracająca wiosną z nadmorskich jaskiń na swoje letnie tereny, natyka się na Cromagnończyków, którzy właśnie tędy przeprawiają się w górę rzeki. To spotkanie, a raczej zderzenie przedstawicieli dwóch ras i odmiennych kultur ma tragiczny finał. "Nowi ludzie", stojący na wyższym szczeblu rozwoju, lepiej zorganizowani i wyposażeni, dysponujący łukiem i strzałami, nie wahają się wykorzystać swojej przewagi. Los Neandertalczyków jest przesądzony...
Goldinga znałam dotąd tylko jako autora "Władcy much", którego przeczytałam przed wielu laty. Do lektury "Spadkobierców" zachęciła mnie elfrun (dziękuję, Kasiu!). Nie wiem, na ile wizja pisarza sprzed półwiecza zgadza się z najnowszymi ustaleniami naukowców na temat ludzi pierwotnych, ale książka jest interesująca. Z wyjątkiem ostatniego rozdziału, narracja prowadzona jest z perspektywy Neandertalczyków i sympatia czytelnika jest po ich stronie. Ukazani są jako istoty proste, bliskie naturze, ale niepozbawione duchowości i uczuć wyższych, cechujące się silną więzią rodzinną. To nasi, bardziej ucywilizowani przodkowie, są agresorami i sprawiają wrażenie szaleńców ogarniętych manią niszczenia. Tak jak we "Władcy much" Golding rozważa problem zła w ludzkiej naturze. Co najsmutniejsze, chociaż powieść dotyczy zamierzchłej przeszłości, podobne historie powtarzały się wielokrotnie na przestrzeni dziejów. Nietrudno znaleźć tu odniesienia do współczesności - nadal obowiązuje prawo siły, a zwycięzcy mają rację.

13.04.2008

Douglas Adams: "Restauracja na końcu wszechświata"


Dalszy ciąg przygód bohaterów "Autostopem przez galaktykę": brutalnie pozbawionego domu i ojczystej planety Artura Denta, jego rodaczki Trillian, kosmitów Forda Prefecta i eks-prezydenta Rządu Galaktycznego Zaphoda Beeblebroxa oraz Marvina - robota, który cierpi na depresję i uprzykrza życie sobie i innym. Oto, jak udało mu się (niechcący) unieszkodliwić wroga:
- Strasznie się nudziłem i byłem okropnie załamany, tak więc podszedłem do niego i podłączyłem się do zewnętrznej końcówki komputera. Przedstawiłem mu nieco szerzej swe poglądy na wszechświat.
- I co?
- Popełnił samobójstwo - powiedział Marvin oschle i poczłapał do "Serca ze Złota".
Całe towarzystwo udaje się skradzionym statkiem kosmicznym do restauracji na końcu wszechświata, aby się nieco posilić po dramatycznych przeżyciach.
"Restauracja na końcu wszechświata" jest równie zabawna, jak pierwsza powieść Adamsa. Autor kpi sobie ze wszystkiego i ze wszystkich: biurokratów, żołdaków, prawników, psychiatrów, gwiazd rocka i speców od marketingu. Wyjaśnia, dlaczego największym problemem związanym z podróżowaniem w czasie jest gramatyka. Wysuwa nieortodoksyjną hipotezę odnośnie powstania Ziemi i ludzkiego gatunku. I ponownie stawia wielkie pytanie o życie, wszechświat i całą resztę.

09.04.2008

Douglas Adams: "Autostopem przez galaktykę"


Artur Dent budzi się pewnego ranka i dostrzega przez okno buldożer wraz z ekipą robotników, którzy zabierają się do wyburzania jego domu, bo wedle planów zagospodarowania przestrzennego ma tędy przebiegać autostrada. Na nic się zdają jego protesty - termin odwołania od decyzji minął:
- Plany były wywieszone...
- Wywieszone? By je znaleźć, musiałem zejść do piwnicy!
- Tam jest dział informacji.
- Potrzebowałem latarki.
- No, może światło było zepsute.
- Schody też.
- Znalazł pan jednak ogłoszenie, nie?
- Znalazłem. Tak, znalazłem - stwierdził Artur. - Było wywieszone na dole zamkniętej szafy na akta, stojącej w nieużywnym klozecie, na drzwiach którego napis ostrzegał: UWAGA ZŁY LEOPARD!

Ale najgorsze ma dopiero nadejść: Artur dowiaduje się, że Ziemia zostanie lada moment unicestwiona, aby zrobić miejsce dla hiperprzestrzennej trasy szybkiego ruchu. I znów okazuje się, że plany były do wglądu, ale nikt nie zgłaszał żadnych uwag:
Co to ma znaczyć, że nigdy nie byliście na Rigil Centaurus? Do pioruna, Ziemianie, to tylko cztery lata świetlne stąd, ale jeśli nie obchodzą was własne regionalne interesy, to naprawdę wasza sprawa.

Artura w ostatniej chwili ratuje przyjaciel nazwiskiem Ford Prefect, który ku jego zdumieniu okazuje się być kosmitą. Przybył na Ziemię, aby zebrać materiał do najnowszego wydania przewodnika "Autostopem przez galaktykę" i ugrzązł w tym zapadłym kącie Wszechświata na 15 lat. Ford łapie okazję i obaj wyruszają w podróż kosmiczną statkiem najeźdźców.
"Autostopem przez galaktykę" powstało na motywach słuchowiska radiowego Douglasa Adamsa, które cieszyło się taką popularnością, że wydano je na płytach, powstał serial telewizyjny pod tym samym tytułem, a w 2005 r. - film. Powieść rozrosła się do rozmiarów "trylogii w pięciu częściach" i uchodzi za dzieło kultowe, nie tylko wśród fanów science-fiction. Mnie bardzo przypadły do gustu niesamowite pomysły autora i jego absurdalny humor, nasuwający chwilami skojarzenia z Lemem, Vonnegutem i Monthy Pythonem. Książka bardzo śmieszna, a przy tym inteligentna.

02.04.2008

Jodi Picoult: "Bez mojej zgody"


Od pewnego czasu przymierzałam się do przeczytania którejś z książek Jodi Picoult. Sporo ich ostatnio widuję w księgarniach, a opinie czytelników są w większości pozytywne, niekiedy entuzjastyczne. Tytuł "Bez mojej zgody" raczej mnie zniechęcał niż zachęcał - kojarzył mi się z opowieścią o ofierze gwałtu lub molestowania, a na to nie miałam ochoty. Ale okazało się, że to zupełnie inna historia.
Anna przyszła na świat, aby uratować życie siostrze chorej na rzadką i bardzo złośliwą odmianę białaczki. Kiedy okazało się, że starszy brat Kate nie nadaje się na dawcę, rodzice zdecydowali się na następne dziecko, "zaprogramowane" genetycznie tak, by wykazywało pełną zgodność tkankową z siostrą. Początkowo chodziło tylko o komórki macierzyste z krwi pępowinowej, ale u Kate nastąpiła wznowa i konieczne była dalsza terapia: przeszczep szpiku, kolejne transfuzje krwi. Trzynastoletnia Anna, której nic nie dolega, ma za sobą liczne pobyty w szpitalu i bolesne zabiegi. Tymczasem nerki Kate przestają funkcjonować w wyniku agresywnej terapii i konieczna jest transplantacja. I wówczas Anna się buntuje - postanawia przed sądem walczyć przeciwko rodzicom o usamowolnienie w kwestii zabiegów medycznych. Jej wygrana będzie oznaczać wyrok śmierci dla Kate.
Powieść Picoult przedstawia rodzinę dotkniętą nieszczęściem, która wciąż jeszcze trzyma się razem, ale bliska jest dezintegracji. Całe ich życie podporządkowane jest Kate i uzależnione od nawrotów jej choroby i remisji. Fragmenty książki opisujące kolejne zabiegi, jakim poddawana jest dziewczyna i ich skutki uboczne są przejmujące. Matka jest całkowicie skoncentrowana na starszej córce, zdecydowana za wszelką cenę utrzymać ją przy życiu. Ojciec ma wątpliwości, ucieka w pracę. Syn, który nie może w żaden sposób pomóc siostrze, czuje się bezużyteczny i rozładowuje swoją frustrację w destrukcyjnych zachowaniach. Rodzicom nie starcza sił ani czasu, żeby się nim zająć. Anna, choć silnie związana emocjonalnie z siostrą, pragnie przeżywać własne życie, zamiast być tylko dodatkiem do Kate. Dzięki wieloosobowej narracji poznajemy punkt widzenia wszystkich członków rodziny, ich myśli, uczucia, rozterki.
To mogła być ważna książka, poruszająca istotne kwestie moralne. Niestety, autorka postanowiła ją uatrakcyjnić w typowo amerykański sposób. Widocznie uznała, że temat jest zbyt przygnębiający, a dylematy związane z rozwojem medycyny i genetyki oraz precedensowa sprawa sądowa to za mało, by przyciągnąć czytelników. Toteż zaserwowała tę gorzką pigułkę w słodkiej polewie, dopisując wątek sensacyjny, a także romans w stylu Harlequina między adwokatem Anny i jej kuratorką procesową. Całość zwieńczyła spektakularym zwrotem akcji i zakończeniem równie zaskakującym, co mało prawdopodobnym. Te zabiegi, moim zdaniem, skutecznie obniżyły rangę powieści, spychając "Bez mojej zgody" do poziomu czytadła. Szkoda.

30.03.2008

Arturo Pérez-Reverte: "Szachownica flamandzka"

Młodej konserwatorce dzieł sztuki powierzono zadanie odrestaurowania obrazu flamandzkiego mistrza z XV wieku, przedstawiającego dwóch mężczyzn grających w szachy oraz kobietę. Podczas pracy Julia odkrywa ukryty pod warstwą farby napis po łacinie, który można przetłumaczyć na dwa sposoby: "Kto zabił rycerza" lub "Kto zbił skoczka". Zaintrygowana, informuje o swoim odkryciu kilkoro przyjaciół. Zwraca się też do swego byłego kochanka - historyka sztuki z prośbą o informacje na temat malarza i sportretowanych przez niego osób. Kluczem do zagadki okazuje się układ figur na namalowanej szachownicy. Wciągnięty do współpracy wybitny szachista rekonstruuje ostatnie posunięcia w grze z obrazu i odkrywa tajemnicę zbrodni popełnionej przed wiekami. Ale wówczas zaczynają ginąć osoby z otoczenia Julii powiązane ze sprawą flamandzkiego malowidła. Tajemniczy morderca podejmuje niedokończoną partię sprzed 500 lat i zbija kolejne figury.
Pérez-Reverte po raz kolejny dowodzi swojej pomysłowości i erudycji. "Szachownica flamandzka" to powieść detektywistyczna, w której dochodzenie prowadzone jest na kilku płaszczyznach; to jak rozwiązywanie łamigłówki wymagające dobrej znajomości sztuki, szachów i psychologii. Ale tym razem autor chyba przekombinował. Fabuła jest nazbyt wymyślna i skomplikowana, za to bohaterowie nie dość przekonujący, aby uwiarygodnić tę historię. Zainteresowały mnie dzieje obrazu i postaci na nim przedstawionych, ale jakoś nie potrafiłam się przejąć niebezpieczeństwem grożącym Julii i jej przyjaciołom.