Josui, dwudziestoletnia Japonka, urodziła się i wychowała w Kalifornii. Jej ojciec, po latach spędzonych w USA, zmuszony do wyboru między deportacją a uwięzieniem w obozie internowania, zdecydował się na powrót do Kioto i do japońskich tradycji. Kilka lat po wojnie dziewczyna spotyka oficera amerykańskich wojsk okupacyjnych. Młodzi zakochują się w sobie i postanawiają pobrać, mimo przestróg i niechęci najbliższych. Ich miłość wystawiona jest na ciężką próbę: ani w Japonii, ani w Stanach Zjednoczonych nie ma akceptacji dla mieszanych małżeństw i dzieci z takich zwiążków.
Historia zalatuje trochę "Madame Butterfly", ale kończy się inaczej, bo i czasy są inne. Dlatego dziwi mnie nieco staroświecki styl i język "Ukrytego kwiatu". Nie wiem, czy miłować, lico, dziewczę itp. zawdzięczam Pearl S. Buck, czy tłumaczce, ale dla mnie brzmią anachronicznie jak na połowę XX wieku i drażnią. Nie mogę powiedzieć, że powieść noblistki wzbudziła we mnie zachwyt - raczej mieszane uczucia.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą poweść obyczajowa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą poweść obyczajowa. Pokaż wszystkie posty
7.06.2015
15.02.2009
Robert MacLiam Wilson: "Ulica marzycieli"
Wszystkie opowiadania traktują w gruncie rzeczy o miłości. Tym zdaniem Robert MacLiam Wilson rozpoczyna swoją trzecią powieść, w której miłość jest tematem wiodącym. To ona odmienia życie bohaterów, nadaje mu sens i smak.
Utrzymujący się z zasiłku Theodore Lurgan, zwany Miśkiem, poznaje w barze Amerykankę Max i uświadamia sobie, jak niewiele ma do zaoferowania dziewczynie "z dobrego domu". Postanawia, że zdobędzie majątek i, choć nie ma na to żadnych widoków, odnosi sukces: w krótkim czasie staje się milionerem!
Jego przyjaciel, Jake Jackson, porzucony przez ukochaną kobietę, chodzi jak struty, żyje wspomnieniami i nic go nie cieszy. Dopiero nowy związek stanie się lekiem na samotność i całe zło świata. Peggy Lurgan - matka Miśka - po latach samotnego życia odkrywa prawdziwe uczucie i nie zrezygnuje z niego, choć wywoła to skandal i narazi ją na potępienie ze strony sąsiadów, a co gorsza - syna. Ale i w tym przypadku miłość okaże się silniejsza od uprzedzeń.
Akcja "Ulicy Marzycieli" toczy się w Belfaście tuż przed i po ogłoszeniu zawieszenia broni przez IRA w 1994 roku. Wilson opisuje swoje rodzinne miasto bez upiększeń, ale z czułością. Pokazuje, że zamieszkują je nie tylko zajadli nacjonaliści i tępi fanatycy (choć i takich portretuje), ale przede wszystkim zwyczajni ludzie, którzy pomimo strzelaniny, wybuchów i krwawych zamieszek starają się wieść normalne życie. Pracują, bawią się, kochają, marzą i poszukują szczęścia. Jake i Misiek przyjaźnią się, choć jeden jest katolikiem, a drugi protestantem. To nie ich wojna - wywołali ją i prowadzą zakłamani politycy, szermujący wzniosłymi hasłami dla własnych celów, których większość mieszkańców Irlandii Północnej nie podziela.
Narracja prowadzona jest na przemian w pierwszej i trzeciej osobie, a powieść utrzymana w tonacji słodko-gorzkiej. Sceny chwytające za gardło, jak eksplozja bomby w lokalu na Fountain Street czy windykacja długów w wykonaniu Jake'a i dwóch osiłków, przeplatają się z komicznymi anegdotami, jak ta o sposobach Miśka na zdobycie kapitału początkowego i o jego fotografii z papieżem. Wilson potrafi opowiadać w sposób lekki i niewymuszony, posługując się żywym językiem, pełnym kolokwializmów, to znów poetyckim, niekiedy sentencjonalnym. A jednak "Ulica marzycieli" nie wywarła na mnie takiego wrażenia jak "Zaułek łgarza" . Jego debiutancka powieść wydała mi się, o dziwo, bardziej dojrzała. Mimo to, polecam.
Etykiety:
"Ulica marzycieli",
poweść obyczajowa,
Robert MacLiam Wilson
4.09.2008
Ernest Hemingway: "Słońce też wschodzi"

Po przerwie spowodowanej wakacyjnymi wyjazdami oraz awarią komputera ciężko mi wrócić do pisania, a tymczasem stos przeczytanych książek stale się powiększa. Cóż, spróbuję jakoś się uporać z zaległościami. Na pierwszy ogień - pierwsza powieść Ernesta Hemingwaya.
Akcja toczy się w latach '20, głównym bohaterem i narratorem jest amerykański dziennikarz Jake Barnes. Kocha on z wzajemnością Angielkę lady Brett Ashley. Ale romansu nie będzie - ich miłość musi pozostać niespełniona z powodu ran, jakie odniósł na wojnie. On wydaje się pogodzony z losem, stara się nie myśleć o swoim kalectwie. Ona się miota i sypia z kim popadnie. Oboje ostro piją, podobnie jak ich towarzystwo złożone z pisarzy, artystów, arystokratów i obiboków. Najpierw w Paryżu, później w Hiszpanii, dokąd udają się łowić ryby i oglądać walki byków podczas Sanfermines w Pampelunie.
"Słońce też wschodzi" próbowałam przeczytać już jako nastolatka, ale szybko się zniechęciłam. Mimo upływu lat gust mi się widocznie nie zmienił, bo walczyłam z pokusą, żeby ją szybciutko odłożyć na półkę. Dawno żadna książka tak mnie nie znudziła. Brnęłam przez nią z samozaparciem spodziewając się jakiegoś dramatycznego rozstrzygnięcia, ale się go nie doczekałam. Nie dość, że akcja jest wątła, to opisy wyglądają tak, jakby Hemingway przeprowadzał inwentaryzację: są dokładne, wręcz drobiazgowe, ale suche, brak im zmysłowości, nie stwarzają nastroju. Np. wylicza ulice, które bohater przemierza w drodze z biura do baru i skrzętnie rejestruje wszystkie jego czyności po wstaniu z łóżka. Do tego dodać należy irytujące postacie, szczególnie Brett. Ta femme fatale zawdzięcza powodzenie u mężczyzn urodzie i przystępności, a może też umiejętności dotrzymania im kroku w konsumpcji alkoholu. Za to nie grzeszy rozsądkiem, obca jest jej również dyskrecja, umiejętność przewidywania konsekwencji swoich czynów i brania za nie odpowiedzialności. Kobieta ma 34 lata i dwa małżeństwa za sobą, a zachowuje się jak niedojrzała gąska. Jake natomiast wydaje mi się wyidealizowany, podejrzewam, że autor sportretował siebie takim, jak chciał być postrzegany.
Najlepsze, moim zdaniem, są w książce fragmenty dotyczące corridy i sylwetki matadorów - czuje się, że Hemingway znał i rozumiał ten świat. I jeszcze słynna odpowiedź Mike'a Campbella na pytanie, w jaki sposób zbakrutował: "Na dwa sposoby. Stopniowo, a potem nagle." Trochę mało, jak na dzieło noblisty. Toteż dziwi mnie, że "Słońce też wschodzi" figuruje na liście najlepszych współczesnych powieści anglojęzycznych (http://www.time.com/time/2005/100books/the_complete_list.html), a "De Agostini" wydało tę książkę w serii Arcydzieła Literatury Współczesnej. Jeśli ktoś z Szanownych Czytelników dostrzegł w niej jakieś walory, które ja prześlepiłam, będę wdzięczna za komentarz z ich wskazaniem.
Etykiety:
"Słońce też wschodzi",
Ernest Hemingway,
klasyka,
poweść obyczajowa
Subskrybuj:
Posty (Atom)



