01.10.2009

Elizabeth Kostova - "Historyk"

Natknęłam się na ten tytuł i nazwisko kilkakrotnie gdzieś w sieci, ale niestety, nie wczytałam się w recenzje książki, co, być może, oszczędziłoby mi jej lektury. Więc sama siebie mogę winić za stracony czas.
Elizabeth Kostova najwyraźniej pozazdrościła Danowi Brownowi pieniędzy i rozgłosu, bo napisała powieść według tego samego schematu: para bohaterów na tropie tajemnicy związanej z jakimś nośnym kulturowo tematem i prześladujący ich złoczyńcy. W "Kodzie Leonarda da Vinci" był Święty Graal i Opus Dei, tutaj mamy Drakulę i wampiry. Autorce udało się nawet przebić Browna - jej książka jest dłuższa o kilkadziesiąt stron i występują w niej aż dwie pary mieszane. Najpierw, w latach 50' XX wieku, młody historyk Paul w towarzystwie antropolożki Helen przemierza Europę od Pirenejów po Bałkany w poszukiwaniu grobu Vlada Palownika i swego zaginionego promotora. Dwadzieścia lat później ich córka wyrusza w podróż z dopiero co poznanym młodzieńcem, by odnaleźć ojca, który też nagle i tajemniczo zniknął.
Piszę "najpierw" i "później", ale narracja nie jest prowadzona chronologicznie. Powieść zaczyna się na początku XXI wieku, a potem następują retrospekcje, opowieści w opowieściach i listy w listach. Ale jeśli ktoś sądzi, że taka szkatułkowa forma świadczy o kunsztowności dzieła, to się myli. Książka napisana jest stylem topornym, postacie są papierowe, dialogi drętwe. Akcja się ślimaczy, napięcia brak, a w opisach dominuje banał. Wszystko jest "och", "ach" i "naj". Powieść zaludniają naukowcy światowego formatu, bez wyjątku erudyci o wybitnej inteligencji; czytelnik może się poczuć dowartościowany, że domyślnością wyprzedza tych geniuszy. Do tego dochodzą brednie, jak krew sącząca się z zasklepionych ran albo bohater wyrywający gołymi rękami kamień z posadzki w krypcie.
Książka o wampirach, która nie straszy, za to nudzi na potęgę.
Ale co tam, grunt że powstał światowy bestseller przetłumaczony na 35 języków (na polski kiepsko), a w samych Stanach sprzedano milion egzemplarzy w twardej oprawie (ile w miękkiej, wydawcy nie poinformowali).
W moim prywatnym rankingu "Historyk" zajmuje wysoką pozycję na liście najgorszych książek, jakie ostatnio czytałam.

08.09.2009

Carlos Ruiz Zafón - "Gra anioła"

Zrobiłam sobie długie wakacje od bloga, ale nie od książek. W efekcie odwykłam od pisania, a tymczasem stos przeczytanych pozycji sięgnął już niemal sufitu. I jak się z tym teraz uporać? Wszystkiemu pewnie nie podołam, ale spróbuję choć trochę nadrobić zaległości. Od czegoś trzeba zacząć, niech będzie "Gra anioła".
Po przeczytaniu "Cienia wiatru" oczekiwałam kolejnej powieści Carlosa Ruiza Zafóna z ciekawością, ale i obawą, że nie dorówna ona poprzedniczce. Obawa okazała się uzasadniona, jednak nie byłam przygotowana na taki zawód. Zaczęłam się nawet zastanawiać, czy ja aby nie czytałam "Cienia wiatru" w jakimś odmiennym stanie świadomości, skoro nie mogłam się od niego oderwać, a teraz otrzeźwiałam i "Grę anioła" ledwo zmogłam.
Początek był obiecujący, zapowiadało się na ciekawy wariant opowieści o człowieku, który zawarł pakt z diabłem. Ale im dalej, tym gorzej.
Młodemu pisarzowi tajemniczy nieznajomy zleca napisanie książki, wręcza hojną zaliczkę i obiecuje rozwiązać jego problemy. A David ma ich wiele: jest niespełniony twórczo, zmuszony na mocy kontraktu do taśmowego produkowania sensacyjnych powieścideł, przy tym nieszczęśliwie zakochany, a co najgorsze - okazuje się, że cierpi na nieuleczalną chorobę i niewiele życia mu pozostało. Przyjmuje ofertę Corellego, wraca do zdrowia, a wydawcy - krwiopijcy giną w pożarze. I wóczas Davidem zaczyna się interesować policja...
"Gra anioła" sprawia wrażenie jakby napisał ją nieudolny naśladowca Zafona: te same motywy i chwyty literackie, ale jakby wymuszone, pozbawione świeżości i wdzięku. Ponownie odwiedzamy Cmentarz Zapomnianych Książek i spotykamy kilka znajomych postaci - ale nie ma wśród nich Fermina, który tyle humoru wnosił do "Cienia wiatru". Znów mamy tajemniczego nieznajomego, ponury, stary dom, tragiczną miłość i kilka gwałtownych zgonów, ale kolejne trupy wcale nie ożywiają akcji, która wlecze się i meandruje. Autor bezskutecznie próbuje wywołać atmosferę grozy bądź melancholijny nastrój. Tym razem klimatu zabrakło.
Większość postaci jest bezbarwna i nieprzekonująca, na czele z głównym bohaterem. Jego perypetie śledziłam bez większych emocji poza narastającą irytacją. Ciekawiło mnie tylko, jak wyplączą się z tej kabały - i on, i autor.
Podsumowując: nudne, rozwlekłe i pretensjonalne powieścidło. Odradzam.

22.06.2009

Neil Gaiman: "Księga cmentarna"

Nikt miał półtora roku, gdy tajemniczy mężczyzna zwany Jackiem zamordował jego rodziców i siostrę. Chłopczyk ocalał, bo feralnej nocy wymknął się z domu. Zawędrował na pobliski, stary cmentarz, a jego rezydenci otoczyli go opieką. Nikt jest jedynym żywym mieszkańcem nekropolii. Rodziców zastępuje mu bezdzietne (i od dawna już nieżyjące) małżeństwo. Strzeże go wampir, który staje się też jego mentorem i łącznikiem ze światem zewnętrznym. Tylko na cmentarzu dziecko jest bezpieczne - za bramą nadal czai się morderca. Ale lata mijają i Nikt dorasta. Jak wychowany przez wiekowe duchy chłopiec poradzi sobie w życiu, czy się odnajdzie we współczesnym świecie?
To trzecia powieść Neila Gaimana, jaką przeczytałam. Tak jak w poprzednich akcja rozgrywa się w dwóch światach - rzeczywistym i magicznym - oddzielonych od siebie cienką granicą, którą bohater raz po raz przekracza. Wydaje się, że to znak firmowy autora, podobnie jak mieszanie gatunków: początek jak z thrillera ustępuje miejsca fantasy, które przeradza się a to w horror, to znów w powieść obyczajową.
W "Księdze cmentarnej" najbardziej spodobał mi się nastrój, jak ze staroświeckiej baśni: trochę dziecinny, ciut niepokojący i bardzo sugestywny. Niestety, ten gaimanowski klimacik gdzieś się gubi w dalszych rozdziałach, które stylem przypominają prozę Stephena Kinga. Książce można zarzucić brak spójności - fabuła składa się z epizodów niekiedy dość luźno ze sobą powiązanych. Zakończenie jest przewidywalne, ale o to akurat trudno mieć pretensje. Gorzej, że zalatuje mi "Alchemikiem" Coelho - rozumiem, że w baśni powinien być morał, tylko czemu taki wyświechtany?
Gaiman ma niezwykłą wyobraźnię, szkoda, że nie wykorzystał w pełni swoich pomysłów i potraktował pobieżnie niektóre obiecujące wątki. Mimo wszelkich niedostatków powieść dostarczyła mi kilku godzin przyjemnej rozrywki, choć adresowana jest do znacznie młodszych czyteników.

12.06.2009

Dorota Sumińska: "Autobiografia na czterech łapach"

Byłam święcie przekonana, że pani Dorota Sumińska, znana mi z telewizyjnego "Zwierzowca" jest córką pana Michała Sumińskiego, który przed laty prowadził program "Zwierzyniec". Wydawało mi się, że taka zbieżność nazwisk i zainteresowań nie może być przypadkowa. Dopiero w trakcie czytania tej książki uświadomiłam sobie, że tkwiłam w błędzie.
Tytuł w pełnym brzmieniu, to: "Autobiografia na czterech łapach czyli historia jednej rodziny oraz psów, kotów, koni, jeży, żółwi, węży... i ich krewnych", co dobrze oddaje jej treść. Autorka przedstawia dzieje swojej rodziny oraz licznych i rozmaitych zwierząt towarzyszących przez lata jej kolejnym pokoleniom. Rozpoczyna swą opowieść od zamieszkujących Kresy pradziadków i czytelnik szybko się przekonuje, że odziedziczyła po przodkach nie tylko egzotyczną urodę prababki - Tatarki, ale i miłość do natury, a szczególnie do naszych "braci mniejszych".
Sumińska przedstawia swoją rodzinę i przyjaciół w ujmujący sposób, z sympatią i szacunkiem. Ludzie i zwierzęta są równoprawnymi bohaterami jej opowieści, w każdym z nich dostrzega niepowtarzalną osobowość. Bardzo ciepło wyraża się o np. o Icie, nazywając ją kocim aniołem, ale okazuje też wyrozumiałość dla jeża Cholerka, który swoje imię zawdzięcza paskudnemu charakterowi. O sobie pisze szczerze (tak mi się przynajmniej wydaje), bez minoderii, ale i bez popadania w ekshibicjonizm.
Chociaż "Autobiografię..." docenią przede wszystkim miłośnicy zwierząt, mogę ją polecić również wielbicielom sag rodzinnych i historii z życia wziętych. Jej lektura często wywoływała u mnie uśmiech, ale i poważniejsze refleksje, a kilkakrotnie oczy mi wilgotniały.
Książka jest bardzo starannie wydana i bogato ilustrowana zdjęciami.

06.05.2009

Yrsa Sigurðardóttir: "Weż moją duszę"

Zdążyłam już przeczytać trzecią powieść Yrsy Sigurðardóttir, a dotąd nie napisałam nic o jej drugiej książce. A wydaje mi się, że zasługuje na kilka słów, bo to naprawdę dobry kryminał, z takich, jakie lubię: oprócz intrygi jest tu miejsce na ciekawe postacie, garść obserwacji obyczajowych tudzież refleksji o życiu.
Tym razem Thora przyjeżdża do nadmorskiego hotelu - spa na prośbę klienta, dla którego sporządziła umowę kupna nieruchomości. Twierdzi on, że obiekt jest nawiedzany przez zjawę i ma złą aurę, co w oczywisty sposób kłóci się z jego przeznaczeniem jako ośrodka wypoczynku i praktyk ezoterycznych. Prawniczka ma zbadać sprawę na miejscu i orzec, czy można to zakwalifikować jako błąd prawny. Tuż po jej przyjeździe znika architektka, która hotel zaprojektowała, a jej zwłoki zostają odnalezione na plaży. A potem ofiarą morderstwa pada hotelowy bioenergoterapeuta. Czyżby to miejsce rzeczywiście było przeklęte? Co łączy te zbrodnie z wydarzeniami z przeszłości, do których nawiązuje wstrząsający prolog? Z odnalezionych starych dokumentów i rozmów z mieszkańcami okolicy Thora rekonstruuje ponurą historię sprzed kilkudziesięciu lat i doprowadza do wyjaśnienia sprawy. Ponownie pomaga jej w tym były policjant Matthew, który szczęśliwym trafem akurat przyleciał na kilka dni do Islandii.
"Weź moją duszę", podobnie jak poprzednia powieść islandzkiej pisarki, ma mroczny klimat nieco tylko rozjaśniony humorem i trudno go uznać za lekką pozycję rozrywkową. Ale świetnie się czyta i nie zapomina tuż po odłożeniu książki.

30.04.2009

John Gardner: "Grendel"

Tytułowej postaci nie trzeba chyba przedstawiać miłośnikom fantasy i gier komputerowych. Na wypadek wątpliwości na okładce jest dopisek: "Beowulf oczami Grendela", który wyjaśnia, o kogo chodzi, ale nie całkiem odpowiada treści książki. Wprawdzie John Gardner opowiedział tę historię z perspektywy antagonisty legendarnego bohatera, ale on sam pojawia się dopiero pod koniec opowieści, a jego imię nie pada ani razu. A jako że narratorem jest Grendel, siłą rzeczy jego relacja nie obejmuje wszystkich wydarzeń opisanych w "Beowulfie".
Chociaż powieść, zainspirowana staroangielskim poematem, rozgrywa się w średniowiecznej scenerii, z udziałem skandynawskich wojowników, potworów i smoka, trudno mi ją zaliczyć do gatunku fantasy. "Grendel" to dzieło postmodernistyczne, w którym pisarz igra z konwencją rycerskiego eposu, eksperymentuje z formą, przeplata różne style wypowiedzi i nawiązuje do innych autorów. Fabuła jest pretekstem do filozoficznych rozważań na temat ludzkiej natury i kultury, dobra i zła, sensu istnienia.
Grendel prześladuje króla Hrothgara, napada na jego dwór, morduje wojów, pożera trzodę i bydło. Odczuwa wobec ludzi nienawiść i pogardę, a jednocześnie fascynację. Szczególnie starym bardem, który w swych pieśniach dodaje wzniosłości mało chwalebnym postępkom, mordy, gwałty i grabieże przedstawiając jako bohaterskie czyny. Od smoka Grendel dowiaduje się, że Wszechświat nie zmierza w żadnym określonym kierunku, a życie wszystkich zaludniających go stworzeń nie ma sensu ani celu. Ale ludzie wymyślili religię i sztukę, aby objaśnić i uzasadnić swoją egzystencję: "Za pomocą swoich teoryjek próbują wytyczyć drogę przez Piekło." Na tle ludzkiej hipokryzji, pazerności, okrucieństwa i głupoty potwór nie wydaje się taki zły, a wręcz prostolinijny i uczciwy; jeśli nawet nie budzi sympatii, to przynajmniej współczucie.
Ta bardzo ciekawa powieść pełna jest odniesień do innych dzieł literackich i filozoficznych, a przez to dosyć hermetyczna. W końcu nie każdy czytelnik ukończył anglistykę na dobrej uczelni i jest w stanie rozpoznać wszystkie aluzje i cytaty. Dla mnie to frustrujące, gdy słyszę, że dzwonią, ale nie wiem, w którym kościele. Książka aż się prosi o jakieś opracowanie krytyczne, posłowie czy choćby garść przypisów, a tego, niestety, zabrakło.

22.04.2009

Larry McMurtry: "Ostatni seans filmowy"

Kolejna powieść, której ekranizację widziałam zanim przeczytałam jej literacki pierwowzór. Film Bogdanovicha bardzo mi się podobał, ale oglądałam go we wczesnej młodości i trudno mi go porównać ze świeżo przeczytaną książką Larry'ego McMurtry.
Akcja toczy się w latach 50-tych ubiegłego wieku w zapadłej mieścinie w Teksasie, gdzie miejsce kowbojów zajęli nafciarze. Po ciężkiej pracy szukają rozrywki w barze, sali bilardowej lub kinie. W kinie najczęściej młodzież umawia się na randki i z filmów czerpie wzorce i wyobrażenia o miłości. Ale to się wkrótce zmieni: właściciele zamierzają zamknąć interes, który przegrywa w konkurencji z telewizją i rozgrywkami futbolu. Thalia coraz bardziej podupada i pustoszeje, wyjeżdża stąd, kto może, uciekając przed prowincjonalną nudą i brakiem perspektyw.
Główny bohater, Sonny, jest uczniem ostatniej klasy szkoły średniej i wraz z przyjacielem Duanem przewodzi szkolnej drużynie koszykówki, chyba najgorszej w całym okręgu. Zarabia rozwożąc butle z gazem po okolicznych farmach. Chodzi z niezbyt atrakcyjną Charlene, marząc skrycie o Jacy - sympatii Duane'a, najładniejszej, a przy okazji najbogatszej dziewczynie w miasteczku. A wpada w ramiona żony trenera - kobiety czterdziestoletniej, samotnej i sfrustrowanej. Po prawdzie żadna z postaci nie wydaje się szczęśliwa: ani kelnerka z baru, ledwo wiążąca koniec z końcem, ani żona miejscowego potentata, topiąca smutki w kieliszku. W Thalii powszechne jest poczucie niespełnienia i zawiedzionych nadziei.
W "Ostatnim seansie filmowym" wszystko właściwie kręci się wokół seksu, a mimo to powieść nie jest obsceniczna, ani rubaszna. Frywolną też bym jej nie nazwała. Są w niej fragmenty bardzo śmieszne, ale dominuje ton melancholijno-nostalgiczny. W takim nastroju Sonny żegna się ze szkołą i przyjaciółmi. A także z młodzieńczymi złudzeniami.

04.04.2009

Gene Brewer: "K-PAX"

Do instytutu psychiatrycznego na Mahattanie trafia mężczyzna zatrzymany na dworcu bez dokumentów. Twierdzi, że nazywa się prot i przybył na Ziemię z planety K-PAX w konstelacji Liry. Jest inteligentny i komunikatywny, a informacje, jakich udziela na temat położenia tej planety znajdują potwierdzenie u astronomów. Udaje mu się przekonać o swoim pozaziemskim pochodzeniu innych pacjentów, a nawet część personelu. Również dyrektor instytutu ulega fascynacji osobowością nowego podopiecznego, nie na tyle jednak, by uwierzyć w opowiadane przez niego historie. Usiłuje się dowiedzieć, kim naprawdę jest ten człowiek, u którego najpewniej jakieś traumatyczne przeżycia spowodowały amnezję i urojenia.
Tymczasem okazuje się, że rzekomy kosmita wywiera dobroczynny wpływ na chorych, którym dotychczasowa terapia nie pomagała. Ich stan się poprawia, a każdy z nich ma nadzieję, że to właśnie jego prot zabierze na swoją ojczystą planetę. Bowiem K-PAX z opowieści prota to istna Arkadia, gdzie wszystkie stworzenia żyją w pokoju i w harmonii z naturą. Nie istnieją tam żadne instytucje ani struktury społeczne takie jak rodzina, państwo, prawo czy religia, będące przyczyną konflktów i narzędziem opresji. K-PAX ucieleśnia odwieczne ludzkie marzenia o lepszym świecie. Nic dziwnego, że ta wizja szczególnie przemawia do nieszczęśników, którym społeczeństwo przysporzyło tylu cierpień.
K-PAX to pierwsza z cyklu powieści Gene'a Brewera - jedyna, jaką przeczytałam i podobno najlepsza. Na jej podstawie powstał film pod tym samym tytułem. Oglądałam go kilka lat temu, jeśli mnie pamięć nie zawodzi, jest wierną adaptacją książki. Jedyne, co mnie zaskoczyło, to że pisarz nadał psychiatrze swoje imię i nazwisko, i uczynił go narratorem. Warto przeczytać, warto też obejrzeć ekranizację.

PS. Zaczęłam pisać tego posta, ale odeszła mnie ochota i pozostawiłam zakończenie na później. A później były przygotowania do świąt, święta, goście, wyjazdy, inne rozliczne zajęcia i się odwlekło. A im bardziej zwlekałam, tym mniej miałam chęci na pisanie. Dopiero teraz się przemogłam i dlatego post ma znacznie wcześniejszą datę.
Muszę się poprawić, ale nie wiem, czy zdołam ;)

31.03.2009

Lilian Jackson Braun: "Kot, który wiedział i inne opowiadania"

No, i dobrnęłam do końca cyklu "Kot, który...". Niestety, ostatnie książeczki pani Lilian Jackson Braun były coraz słabsze, a tom 29. to już zupełne rozczarowanie - przegadany, akcji na lekarstwo, fabuła się rozłazi. Na nim kończy się (a raczej urywa) opowieść o Jimie Qwilleranie i jego syjamskich kotach.
Ale jest jeszcze tom 30., złożony z 14 opowiadań, który mile mnie zaskoczył. Nie ma w nim wzmianki o Qwillu, Koko ani Yum Yum, jest za to historia kotki Tipsy, o której Braun napomyka w poprzednich książkach, a i sceneria niekiedy łudząco przypomina Moose County. Wszystkie opowiadania traktują, oczywiście, o kotach - różnych ras i płci obojga, domowych ulubieńcach i bezpańskich dachowcach. Są tu koty - psotniki i koty - bohaterowie, koty - ofiary ludzkiej podłości i koty - mściciele. Są koci Romeo i Julia, a nawet kot - kosmita. W każdym opowiadaniu pojawia się jakiś kot (albo większa ich ilość), ale stylistycznie wybór jest urozmaicony. Mamy tu zagadki kryminalne, historie o duchach i dziwnych zjawiskach, realistyczne opowieści obyczajowe, także romans. Narracja bywa prowadzona w trzeciej lub pierwszej osobie, czasem z kociego punktu widzenia. Opowiadania śmieszne i smutne, ale na ogół ciekawe i nieźle skonstruowane. Mogą zainteresować nie tylko wielbicieli kotów.

24.03.2009

Tove Jansson: "Lato"

Tove Jansson znałam dotąd jako autorkę serii książeczek o Muminkach, należących do ścisłej czołówki moich ulubionych lektur. Zetknęłam się z nimi w dzieciństwie, a później wielokrotnie do nich wracałam, zwłaszcza gdy dopadała mnie chandra. Bo z Muminków się nie wyrasta, przeciwnie, z wiekiem odkrywa się w tych na pozór prostych historiach drugie dno: subtelny humor, głębię psychologiczną, mądrość życiową, nawet egzystencjalny niepokój podszyty metafizyką. Kto czytał - wie, co mam na myśli, kto nie czytał - jego strata.
Ale koniec dygresji. "Lato" , które niedawno odkryłam, nie jest kolejną opowieścią o małych trollach. Nie jest to też książka adresowana do dzieci.
Akcji w niej niewiele, fabuła luźna - każdy rozdział to w zasadzie króciutkie opowiadanie, obrazek lub scenka rodzajowa. Najistotniejsze są relacje między bohaterkami, ich odczucia i przemyślenia. I niezwykły klimat.
Babka i jej sześcioletnia wnuczka spędzają lato na maleńkiej wysepce u brzegów Finlandii. Jest i ojciec dziewczynki, ale pojawia się epizodycznie, podobnie jak inne postacie: sąsiedzi i goście z miasta. Główne bohaterki to osoby nietuzinkowe, o wyrazistych charakterach. Sophia przypomina nieco Małą Mi, jest bardzo samodzielna, wręcz samowolna i zuchwała. Babka, kobieta mądra i doświadczona, zachowuje się dość niekonwencjonalnie jak na schorowaną starszą panią. We dwie spacerują, pływają łodzią, obserwują ptaki, zbierają przedmioty wyrzucone przez morze, a przede wszystkim rozmawiają. O sprawach ważnych i błahych. O przyrodzie, życiu, śmierci, Bogu, uczuciach.
- Dziwna rzecz z tą miłością - mówiła Sophia. - Im bardziej się kogoś kocha, tym mniej ten ktoś lubi człowieka.
- Całkiem słusznie - nadmieniła babka. - I co się wtedy robi?
- Kocha się dalej - odparła Sophia groźnie. - Kocha się coraz bardziej i bardziej.
Babka westchnęła i nic nie powiedziała.
- Wiesz co - mówiła Sophia. - Czasem zdaje mi się, że nienawidzę Mapi. Nie mam już siły jej dłużej kochać i myślę o niej cały czas.
Przytoczony fragment odnosi się do zdziczałej kotki, której obyczaje doprowadzały Sophię do rozpaczy. Mimo to nie chciała jej zamienić na łagodnego kota - pieszczocha.
Autorka opisuje banalne, codzienne zdarzenia, skupia uwagę na szczegółach. Pokazuje, że życie składa się z drobiazgów i ulotnych chwil. "Lato" to powieść o przemijaniu, wyciszona, osnuta melancholią, bardzo nastrojowa. Zapada w pamięć, choć pewnie nie każdy ulegnie jej magii.

11.03.2009

Anna Jadwiga Łojewska: "Pamiętnik z dekady bezdomności"

W powszechnym odbiorze bezdomny to kloszard - zazwyczaj alkoholik, czasem były kryminalista, niekiedy chory psychicznie. I często tak bywa. Ale nie wszystkie przypadki da się podciągnąć pod ten stereotyp, bo bywa też zupełnie inaczej. Ta książka pokazuje, jak łatwo można stać się bezdomnym i jak trudno się z tej kondycji wydźwignąć i powrócić do normalnego życia.
Anna Łojewska, absolwentka kulturoznawstwa, w 1990 roku straciła pracę. Nowej nie znalazła, nie miała na jedzenie ani na opłatę za wynajmowane mieszkanie. Nie miała też po co wracać do rodziców na wieś odległą o kilkaset kilometrów od Poznania. Pomieszkiwała przez jakiś czas u znajomych, w końcu trafiła do schroniska prowadzonego przez pewną fundację, która właśnie rozpoczynała działalność wśród bezdomnych. Miał to być pobyt tymczasowy, póki nie pozbiera się i nie znajdzie pracy. Trwał 10 lat.
"Pamiętnik z dekady bezdomności" to zapis pełnej upokorzeń wegetacji na marginesie społeczeństwa i walki o własne miejsce w świecie, o godne życie. Książka długo nie znajdowała wydawcy, jako że odmalowany w niej obraz znanej, wielokrotnie nagradzanej organizacji charytatywnej kłóci się z jej wizerunkiem medialnym. Ta wspólnota (bardzo przypominająca sektę) oferuje swoim podopiecznym strawę i dach nad głową, ale w żaden sposób nie pomaga im wyjść z bezdomności; przeciwnie, jeszcze pogłębia ich zależność i izolację od świata "domnych". Łojewska nie szczędzi gorzkich słów pod adresem elit i osób publicznych, które swym autorytetem wspierają tworzenie getta dla wykluczonych. Nawet biorąc poprawkę na subiektywizm autorki wyłania się z tego ponury obraz państwa (przez niektórych uważanego za nadopiekuńcze), które wykazuje niebywałą indolencję w dziedzinie polityki społecznej. Pozostawia troskę o obywateli, którzy z różnych względów sobie nie radzą, ludziom niekompetentnym. Ta filantropia służy przede wszystkim interesom "dobroczyńców", a nie zaspokaja rzeczywistych potrzeb beneficjentów. Łojewska i inne osoby, którym udało się wyjść z bezdomności, dokonały tego dzięki własnym wysiłkom i determinacji, na przekór liderom ...Arki, którzy wmawiali im, że nie mają czego szukać na zewnątrz, bo poza jej murami skazani są na porażkę.
Na podstawie wspomnień Anny Łojewskiej powstała sztuka teatralna wystawiona przez Teatr Wybrzeże w Gdańsku w 2005 roku.

03.03.2009

Arkadij Strugacki, Borys Strugacki: "Fale tłumią wiatr"

Ponownie science fiction ze Wschodu, tym razem jeszcze radziecka, bo wydana w 1985 roku.
Akcja tej mini powieści toczy się w czasach, gdy na Ziemi najwyższą władzę sprawuje Rada Światowa i nietrudno zgadnąć, że powszechnie zapanował ustrój komunistyczny. Ludzie eksplorują Kosmos i wysyłają na odległe planety progresorów - agentów, których zadaniem jest przyspieszenie rozwoju społecznego zacofanych tubylców. Aż tu do Wydziału Wydarzeń Nadzwyczajnych (niby to placówki naukowej, a faktycznie pełniącej rolę kontrwywiadu) zaczynają napływać niepokojące sygnały. Wszystko wskazuje na to, że jakaś obca supercywilizacja prowadzi analogiczną działalność progresorską wobec ludzkości. Tak zwani Wędrowcy wybierając ludzi wedle sobie tylko znanych kryteriów ingerują w ewolucję naszego gatunku.
Arkadij i Borys Strugaccy uprawiali inteligentne SF, poruszające problematykę społeczną, etyczną i filozoficzną, prowokujące do myślenia. Dobry pomysł zwykle szedł w parze z solidnym wykonaniem. Tak jest i tym razem. "Fale tłumią wiatr" napisane są w formie wspomnień szefa WWN Maksyma Kammerera przeplatanych rozmaitymi dokumentami: relacjami świadków, stenogramami rozmów, artykułami naukowymi, służbowymi notatkami itp. Treść skłania do zastanowienia nad kierunkiem rozwoju świata i istotą człowieczeństwa. Nie da się też uniknąć skojarzeń z polityką zagraniczną ZSRR, ekspansją ideologiczną i eksportem rewolucji (a trzeba pamiętać, w jakich realiach geopolitycznych przyszło braciom tworzyć). A jednak książka mnie nie porwała - brak jej jakiejś iskry i na tle innych powieści Strugackich wypada blado.

28.02.2009

Boris Akunin: "Fantastyka"

Rozglądałam się w bibliotece za kryminałami historycznymi Akunina, o których słyszałam wiele dobrego, tymczasem znalazłam coś z innego gatunku. "Fantastyka" to powieść z cyklu "Gatunki", a tytuł jasno określa, z jakim gatunkiem literackim mamy do czynienia.
Akcja rozpoczyna się w 1980 roku od tajemniczej katastrofy podmiejskiego autobusu, w której giną prawie wszyscy pasażerowie z wyjątkiem dwóch nastolatków. Robert Darnowski i Siergiej Dronow nie dość, że wychodzą z wypadku bez szwanku, to jeszcze nabywają niezwykłych zdolności: jeden słyszy cudze myśli, drugi zyskuje nadludzką siłę i szybkość. Obaj wykorzystują te dary nie dla żadnch wzniosłych celów i dobra ogółu, ale we własnym interesie - żeby zrobić karierę i zapewnić sobie wyższy standard życiowy od tego, jaki jest udziałem większości obywateli Związku Radzieckiego.
Po 10 latach ich drogi znów się krzyżują. Coś każe im wrócić na miejsce wypadku, gdzie spotykają tajemniczą dziewczynę. Odtąd żaden z nich nie potrafi bez niej żyć. Rywalizacja o względy kobiety uruchomi lawinę dramatycznych zdarzeń i cała trójka zostanie uwikłana w śmiertelnie niebezpieczną przygodę.
Początek powieści jest bardzo obiecujący. Intryguje, co się właściwie przydarzyło bohaterom i co dalej z tego wyniknie. A przy tym Akunin znakomicie oddaje sposób myślenia nastolatków, ich kompleksy, frustracje i marzenia. W drugiej części, gdy relacjonuje dalsze losy Siergieja i Roberta, napięcie na pewien czas siada, ale później akcja znów przyśpiesza i do samego końca toczy się wartko, z licznymi i nierzadko zaskakującymi zwrotami. Jest tajemnica, są służby specjalne, zakamuflowane laboratoria naukowe i teoria spiskowa zakładająca ingerencję kosmitów w wydarzenia z najnowszej historii.
Na tło powieści autor wybrał Moskwę okresu przełomu - od schyłku rządów Breżniewa po próbę puczu Janajewa - i opisał ówczesną rzeczywistość z ironicznym dystansem. Dla czytelników, którzy pamiętają te czasy, ciekawostka: okazuje się, że gdy u nas w sklepach nie można było dostać nic prócz octu, w ZSRR na półkach stał wyłącznie sok brzozowy w trzylitrowych słojach.
"Fantastyka" jest napisana zręcznie i z humorem, pisarz dobrze sobie poradził z konwencją science fiction. Teraz chętnie zapoznałabym się z innymi gatunkami prozy w wykonaniu Akunina.

15.02.2009

Robert MacLiam Wilson: "Ulica marzycieli"

Wszystkie opowiadania traktują w gruncie rzeczy o miłości.
Tym zdaniem Robert MacLiam Wilson rozpoczyna swoją trzecią powieść, w której miłość jest tematem wiodącym. To ona odmienia życie bohaterów, nadaje mu sens i smak.
Utrzymujący się z zasiłku Theodore Lurgan, zwany Miśkiem, poznaje w barze Amerykankę Max i uświadamia sobie, jak niewiele ma do zaoferowania dziewczynie "z dobrego domu". Postanawia, że zdobędzie majątek i, choć nie ma na to żadnych widoków, odnosi sukces: w krótkim czasie staje się milionerem!
Jego przyjaciel, Jake Jackson, porzucony przez ukochaną kobietę, chodzi jak struty, żyje wspomnieniami i nic go nie cieszy. Dopiero nowy związek stanie się lekiem na samotność i całe zło świata. Peggy Lurgan - matka Miśka - po latach samotnego życia odkrywa prawdziwe uczucie i nie zrezygnuje z niego, choć wywoła to skandal i narazi ją na potępienie ze strony sąsiadów, a co gorsza - syna. Ale i w tym przypadku miłość okaże się silniejsza od uprzedzeń.
Akcja "Ulicy Marzycieli" toczy się w Belfaście tuż przed i po ogłoszeniu zawieszenia broni przez IRA w 1994 roku. Wilson opisuje swoje rodzinne miasto bez upiększeń, ale z czułością. Pokazuje, że zamieszkują je nie tylko zajadli nacjonaliści i tępi fanatycy (choć i takich portretuje), ale przede wszystkim zwyczajni ludzie, którzy pomimo strzelaniny, wybuchów i krwawych zamieszek starają się wieść normalne życie. Pracują, bawią się, kochają, marzą i poszukują szczęścia. Jake i Misiek przyjaźnią się, choć jeden jest katolikiem, a drugi protestantem. To nie ich wojna - wywołali ją i prowadzą zakłamani politycy, szermujący wzniosłymi hasłami dla własnych celów, których większość mieszkańców Irlandii Północnej nie podziela.
Narracja prowadzona jest na przemian w pierwszej i trzeciej osobie, a powieść utrzymana w tonacji słodko-gorzkiej. Sceny chwytające za gardło, jak eksplozja bomby w lokalu na Fountain Street czy windykacja długów w wykonaniu Jake'a i dwóch osiłków, przeplatają się z komicznymi anegdotami, jak ta o sposobach Miśka na zdobycie kapitału początkowego i o jego fotografii z papieżem. Wilson potrafi opowiadać w sposób lekki i niewymuszony, posługując się żywym językiem, pełnym kolokwializmów, to znów poetyckim, niekiedy sentencjonalnym. A jednak "Ulica marzycieli" nie wywarła na mnie takiego wrażenia jak "Zaułek łgarza" . Jego debiutancka powieść wydała mi się, o dziwo, bardziej dojrzała. Mimo to, polecam.

27.01.2009

Lilian Jackson Braun: "Kot, który czytał wspak"

Jeśli ktoś lubi kryminały, ale odczuwa przesyt brutalnymi historiami o maniakalnych mordercach lub gangsterskich porachunkach, to polecam mu książki Lilian Jackson Braun z liczącej 30(!) tomów serii "Kot, który...". Zwłaszcza, gdy na dodatek jest miłośnikiem kotów, jako że zagadki rozwiązuje tu niezwykły duet detektywów: dociekliwy dziennikarz Jim Qwilleran i syjamczyk Kao K’o Kung, potocznie nazywany Koko.
Qwilleran był niegdyś gwiazdą dziennikarstwa śledczego, ale przez nadużywanie alkoholu zniszczył sobie karierę oraz życie osobiste. W pierwszej z cyklu powieści - "Kot, który czytał wspak" - już jako abstynent i kawaler z odzysku próbuje odbudować swoją pozycję zawodową, a przynajmniej utrzymać się na powierzchni. Rozpoczyna pracę w dziale kulturalnym pewnej gazety, co jest dalekie od jego zainteresowań i temperamentu. Ma pisać o artystach i sztuce współczesnej, mimo że, jak twierdzi, "nie odróżniłby Wenus z Milo od Statuy Wolności". Jednak w sytuacji, w jakiej się znalazł, nie może sobie pozwolić na grymaszenie, próbuje się więc rozeznać wśród miejscowej bohemy. Zawiera też znajomość z kontrowersyjnym krytykiem sztuki i jego niezwykłym kotem. A gdy właściciel jednej z galerii padnie ofiarą morderstwa, Qwilleran nie oprze się pokusie, by przeprowadzić własne śledztwo. Rozwiąże zagadkę z pomocą Koko, który nie raz naprowadzi go na właściwy trop, a w finale uratuje mu życie.
Przeczytałam, jak dotąd, kilkanaście książeczek o Qwilleranie i jego syjamskich kotach (bo w kolejnych tomach Koko ma towarzyszkę imieniem Yum Yum) i jeszcze mi się nie znudziły. Sama intryga bywa raz lepsza, raz gorsza, ale to, co mi w tych powieściach najbardziej odpowiada, to tło obyczajowe, kapitalnie przedstawione postacie i sytuacje. Naszemu bohaterowi przyjdzie się obracać w rozmaitych środowiskach wielkomiejskich i małomiasteczkowych, które autorka opisuje z wdziękiem i humorem, podkpiwając sobie z pretensjonalnych artystów, bogatych snobów, ważniaków i prostaczków. Z początku sądziłam nawet, że pisarka jest Angielką, bo współczesna amerykańska literatura popularna na ogół zalatuje mi jakimś plastikiem-syntetykiem, tymczasem jej powieści przypominają mi klimatem serial "Moderstwa z Midsomer", szczególnie od momentu przeprowadzki Qwillerana na prowincję. No, i te koty! Prawdziwe osobowości, świetnie sportretowane; bez nich książki straciłyby wiele uroku.
Bardzo sympatyczne czytadełka, zapewniające miły relaks, dobre do pociągu, na plażę lub do poduszki.

18.01.2009

Walter Scott: "Rob Roy"

Kto oglądał film z Liamem Neesonem i sięgnie po książkę Waltera Scotta spodziewając się literackiej wersji tej samej historii, tego spotka zawód. Powieść ma z nim bardzo niewiele wspólnego, a tytułowa postać, choć odgrywa istotną rolę w opisywanych wydarzeniach, pozostaje na drugim planie i przez dłuższy czas w ukryciu.
Narratorem jest Frank Osbaldystone, jedyny syn szacownego londyńskiego kupca, który pragnie w nim widzieć swojego następcę. Młodzieniec nie zdradza jednak najmniejszych inklinacji do handlu i woli się zajmować poezją. Rozgniewany ojciec odsyła go na północ Anglii do posiadłości swego brata, zaś jego miejsce w kantorze ma zająć jeden z sześciu synów stryja. W Osbaldystone Hall Frank poznaje braci stryjecznych oraz piękną kuzynkę Dianę Vernon, w której się, oczywiście, zakocha. Zostaje też wplątany w sieć intryg o podłożu politycznym. Czasy są bowiem niespokojne: szykuje się kolejne powstanie jakobitów przeciwko panowaniu dynastii hanowerskiej (1715). Z tarapatów pomaga mu się wydostać Rob Roy, sławny szkocki zbójnik i banita.
To moje trzecie podejście do twórczości sir Waltera Scotta i pierwsze uwieńczone powodzeniem, tj. przeczytaniem książki od deski do deski. Nie była to najłatwiejsza lektura ze względu na nieco archaiczny styl i zawikłaną fabułę. Zrozumienie powieści wymaga jakiej takiej znajomości historii Anglii i Szkocji, bo pisarz wielu spraw nie wyjaśnia, widocznie uważa je za oczywiste. Trudności nastręczają też imiona własne - ta sama osoba występuje raz jako Robert Campbell, a innym razem jako MacGregor; z kolei książe Argyll to też Campbell, tyle że John. Na plus należy zaliczyć świetnie uchwycony koloryt lokalny, wyraziste postacie drugoplanowe i piękne opisy szkockich krajobrazów. Do ulubionych pisarzy Scotta nie zaliczę, ale po przeczytaniu iluś tam powieści współczesnych "Rob Roy" stanowił ciekawą odmianę.