21.12.2007

James Herriot: "Weterynarz w zaprzęgu"


Wybrałam się do biblioteki z nastawieniem, że wypożyczę coś z fantastyki. Na miejscu okazało się, że autorzy, których miałam na myśli, owszem, figurują w katalogu, ale ich (nieliczne) książki są akurat "w czytaniu". Może następnym razem dopisze mi szczęście. Za to znalazłam na półce kolejne części cyklu "Wszystkie zwierzęta małe i duże" James Herriota, których na próżno wypatrywałam w księgarniach.
"Weterynarz w zaprzęgu" to czwarty tom wspomnień Herriota. James jest już wspólnikiem swego dotychczasowego szefa Siegfrieda Farnona i mężem Helen. Trwa wojna i obaj z Siegfriedem zgłaszają się na ochotnika do RAF-u. Czekając na powołanie do wojska nadal prowadzą praktykę weterynaryjną w Darrowby. Herriot nie rozpisuje się na temat swojego małżeństwa, skupiając się na przypadkach, jakie przytrafiły mu się w pracy. Opisuje "cudowne" uzdrowienia zwierząt po zastosowaniu środków usypiających lub nieznanych wcześniej sulfonamidów. Jak w poprzednich tomach, tak i tu nie brakuje celnych i dowcipnych portretów mieszkańców Yorkshire, a także ich pupilów. W książkach Herriota nie tylko ludzie, ale i zwierzęta mają wyrazistą osobowość, jak choćby dwa pamiętliwe pieski, długo zachowujące urazę i każdy na swój sposób mszczące się za doznane upokorzenia. Tym razem autor niewiele pisze o braciach Farnon, za to więcej uwagi poświęca swojemu koledze po fachu, wybitnemu specjaliście od małych zwierząt, którego niezwykłą gościnność za każdym razem przychodziło mu odchorować.
Lubię gawędziarski styl Herriota, jego życzliwość dla ludzi i zwierząt oraz poczucie humoru, które sprawia, że pobłażliwie traktuje cudze przywary i potrafi śmiać się z siebie samego.

19.12.2007

Erich Maria Remarque: "Na Zachodzie bez zmian"


Najbardziej znana, pacyfistyczna powieść Remarque'a i zarazem jedna z najważniejszych książek o I wojnie światowej. Przedstawia przeżycia dziewiętnastolatka Pawła Bäumera, który razem z kolegami z klasy, za namową nauczyciela, zaciągnął się do wojska i trafił do okopów we Francji na froncie zachodnim. Tam młodzieńcze ideały i chęć walki za ojczyznę szybko się rozwiały w zderzeniu z koszmarem wojny pozycyjnej, gdzie żołnierze są jedynie mięsem armatnim. Nie ma nic heroicznego w nieustannym zabijaniu i umieraniu, jest tylko strach, cierpienie i bezsens. Zdarzają się chwile spokoju i odpoczynku, wyprawy na dziwki, gra w karty, rozmowy z kolegami, zajadanie kradzionej gęsi, ale potem znów trzeba wrócić na pierwszą linię. Nawet wyjazd do domu na urlop niesie ze sobą więcej smutku niż radości - matka jest ciężko chora, ojciec się zaharowuje, a cała rodzina cierpi nędzę. Paweł czuje się obco wśród cywilów, nie potrafi z nimi rozmawiać - nie może im opowiedzieć o swoich przeżyciach nawet gdyby umiał je przekazać. Dla niego i jego rówieśników wojna zdaje się trwać wiecznie, jakby wszystko, co miało miejsce wcześniej, przydarzyło się w innym życiu komuś innemu.
"Na Zachodzie bez zmian" przedstawia wojenną rzeczywistość bez upiększeń, w całej jej brutalności, ale bez epatowania makabrą. Huraganowy ogień artyleryjskiego ostrzału, ataki gazowe, zmasakrowane ciała, nędza lazaretów, wszy i szczury, głód, błoto i krew - wszystko to Remarque dostrzega i rejestruje okiem reportera. Nie przygląda się horrorowi przez szkło powiększające obracając go na wszystkie strony, jak to czyni wielu współczesnych pisarzy. W książce są fragmenty liryczne i wzruszające, ale nie ma w niej patosu, sentymentalizmu i tanich chwytów obliczonych na wyciśnięcie łez.
Rzadko sięgam po literaturę traktującą o wojnie. Po latach szkolnej edukacji, kiedy to nękano nas licznymi lekturami i filmami wojennymi, długo odczuwałam niechęć do martyrologii i batalistyki. "Na Zachodzie bez zmian" pożyczyłam w ramach nadrabiania zaległości - postanowiłam od czasu do czasu przeczytać coś z klasyki, w szczególności dzieła pisarzy, których do tej pory nie poznałam i przekonać się, co straciłam. Remarque spodobał mi się bardziej niż się spodziewałam i dzięki niemu zrozumiałam, co naprawdę znaczy określenie "stracone pokolenie": Czego mogą oczekiwać od nas, kiedy nadejdzie czas, że nie będzie wojny? Naszym zajęciem poprzez lata całe było zabijanie: to był pierwszy zawód w naszym istnieniu. Nasza wiedza o życiu ogranicza się do śmierci. Cóż jeszcze ma się stać potem? I co będzie z nami?
Dobra, uczciwa książka. I bardzo smutna.

11.12.2007

Arturo Pérez-Reverte: "Fechtmistrz"


Akcja powieści Péreza-Reverte toczy się w Madrycie w 1868 roku. Są to burzliwe czasy w historii Hiszpanii: częste zmiany rządów, dworskie intrygi, bunty w szeregach wojska, spiski mające na celu obalenie monarchii, a przynajmniej usunięcie z tronu Izabeli II. Don Jaime Astarloa, tytułowy "Fechtmistrz", nie angażuje się po żadnej stronie. Nie interesuje go polityka, ignoruje plotki, żyje według własnych reguł z dala od zgiełku współczesnego świata. Jest reliktem minionej epoki - mistrzem szermierki, którą traktuje nie jak użyteczną umiejętność czy sport, ale swoisty rytuał ściśle złączony z kodeksem honorowym. Utrzymuje się z lekcji fechtunku udzielanych kilku bogatym klientom. Ponadto pracuje nad traktatem o sztuce szermierczej. Żyje skromnie, ma niewielu przyjaciół - ludzi podobnie jak on ubogich i samotnych, z którymi spotyka się przy kawie w ulubionej kawiarni. Ale nie ma godnego siebie następcy... I nagle w jego uporządkowane życie wtargnie piękna kobieta, a zaraz potem zbrodnia, zdrada i polityczna intryga.
Nareszcie powieść "jak Pan Bóg przykazał": tradycyjna w formie, bez udziwnień, eksperymentów formalnych, gier w ciuciubabkę z czytelnikiem, fajerwerków erudycji i innych postmodernistycznych ozdobników. Za to dobrze skomponowana, harmonijnie łącząca cechy dwóch gatunków: powieści kryminalnej i przygodowej, w stylu Aleksandra Dumasa. Z pozytywnym bohaterem, który jest wiarygodny mimo swoich anachronicznych cnót i wzruszającej wręcz naiwności.(A tak po prawdzie, czyż Don Kichot nie był anachronizmem w swojej epoce? Ludzie kryształowo uczciwi i ceniący honor ponad mamonę zawsze stanowili znikomą mniejszość.)
Narracja początkowo toczy się powoli, zgodnie z rytmem życia don Jaimego; w miarę rozwoju wydarzeń tempo akcji przyśpiesza.
"Fechtmistrz" spodobał mi się bardziej od współczesnej, nieco przegadanej "Królowej Południa": jest o połowę cieńszy i bardziej jednorodny w swojej prostocie. Przyjemności czytania nie zepsuła mi nawet przewidywalność rozwoju wydarzeń. Fakt, że brakuje tu elementu zaskoczenia - od początku wiadomo, że w finale musi dojść do pojedynku. Nie zdradzę więc żadnej tajemnicy, jeśli dodam, że don Jaime walcząc o życie odnajdzie wreszcie swojego Graala - mistrzowskie pchnięcie nie do odparcia.

09.12.2007

José Carlos Somoza: "Szkatułka z kości słoniowej"


Piętnastolatka z Madrytu uciekła z domu. Ostatni raz widziano ją w miasteczku letniskowym w Andaluzji, gdzie umówiła się na spotkanie ze swoją nauczycielką. Ale kiedy ta przybyła do Roquedal, nie zastała już dziewczyny, która wyprowadziła się ze schroniska i zniknęła bez śladu. Ojcem zaginionej jest bogaty przedsiębiorca, który prowadzi interesy nie przebierając w środkach, dosłownie po trupach. Może więc chodzić o porwanie dla okupu lub morderstwo podyktowane chęcią zemsty. Potentat zleca odnalezienie córki podstarzałemu płatnemu mordercy, z którego usług już wcześniej korzystał. Nauczycielka dziewczyny upiera się, żeby mu towarzyszyć w poszukiwaniach.
Przyznam, że początkowo z dwojga bohaterów więcej sympatii budził we mnie zawodowy killer. Gadatliwa pani profesor, przekonana o swojej racji, mimo iż całą wiedzę o współczesnej młodzieży zaczerpnęła z kilkuletniej pracy w żeńskiej szkole katolickiej oraz podręczników pedagogiki i psychologii, działała mi na nerwy. Wolałam małomównego i aż nazbyt doświadczonego życiowo Quirósa. Do czasu, bo trudno żywić ciepłe uczucia dla faceta, który niewiele myśli i odczuwa, i z jednakową skrupulatnością wykonuje polecenia, czy chodzi o zabicie niewinnych ludzi, czy poprzedniego zleceniodawcy.
Sięgnęłam po tę książkę zachęcona pochlebnymi opiniami o pisarstwie Somozy. Informacje na okładce zapowiadały rasowy kryminał, a nie czytałam dotąd hiszpańskiego przedstawiciela tego gatunku. Niestety, "Szkatułka z kości słoniowej" nie spełniła tych obietnic. Akcja się wręcz ślimaczy, a fabuła grzęźnie w licznych dygresjach - retrospekcjach, wspomnieniach, snach, opowiadaniach, które pisała zaginona dziewczyna. Niektóre z tych wtrętów są istotne dla dalszego rozwoju wypadków, inne - bez znaczenia. Zbyt wiele tu nieprawdopodobnych zbiegów okoliczności, a na koniec okazuje się, że właściwie nic nie jest tym, czym się wydawało, łącznie z tytułową szkatułką. Autor niepostrzeżenie wciąga czytelnika w jakąś grę, której reguły zna tylko on sam. Nie przepadam za takimi chwytami, choć przyznaję, że styl powieści jest oryginalny, a wiele obserwacji obyczajowych - trafnych. Odniosłam też wrażenie, że Somoza przypisuje nadmierne znaczenie, wręcz moc sprawczą słowu pisanemu, jakby dowartościowywał siebie jako pisarza. Toteż zdziwiła mnie jego wypowiedź: Nie można traktować literatury zbyt poważnie. Książki nie mogą zmieniać życia.(Gazeta Wyborcza, 2007-11-19). Ale czy można mu wierzyć? W swojej powieści dowiódł, że jest sprawny w sztuce manipulacji.

03.12.2007

Joseph Conrad: "Lord Jim"


Tytułowy bohater jako młody chłopak wybrał karierę oficera marynarki pod wpływem romantycznych wyobrażeń o życiu na morzu, które, w jego mniemaniu, miało obfitować w przygody i okazje do wykazania się odwagą. Nie wątpił, że w razie niebezpieczeństwa stanie na wysokości zadania i dokona bohaterskich czynów. Niestety, życie brutalnie zweryfikowało te marzenia: w momencie próby Jim w ślad za kapitanem i mechanikiem opuścił uszkodzony statek, pozostawiając pasażerów na łasce losu. Znalazł się, dosłownie i w przenośni, w jednej łodzi z ludźmi, którymi pogardzał. Ta decyzja zaważyła na całym jego życiu. Utracił patent oficerski i, co najważniejsze, honor. Odtąd będzie stale uciekał przed ludźmi, którzy mu przypominają o sprawie "Patny" i jego hańbie. W końcu trafia na wyspę Patusan i wydaje się, że w tym odległym zakątku Malajów znajdzie azyl, a także szansę rehabilitacji i odzyskania ludzkiego szacunku. Ale czy potrafi ją wykorzystać?
Nie przypominam sobie żadnej innej książki, która by mi przysporzyła tyle pracy myślowej, co ta lektura szkolna, której interpretacji wymaga się od nastolatków. Być może to się zmieniło, ale za moich czasów "Lord Jim" omawiany był w liceum i wówczas udało mi się od niego wymigać. Czyżbym się cofnęła w rozwoju? A przecież trochę książek już w życiu przeczytałam, Conrada nie wyłączając. Mimo to uważam, że ta powieść jest trudna w odbiorze, a jej problematyka nie ogranicza się do kwestii honoru. Ilość zagadnień, jakie Conrad w niej zawarł i pytań, które postawił nie udzielając jednoznacznych odpowiedzi, może przyprawić o ból głowy. Jest tu mowa o tchórzostwie i odwadze cywilnej, odpowiedzialności, wierności sobie i zobowiązaniom wobec innych, samoświadomości i znaczeniu, jakie przypisujemy cudzej o nas opinii, zderzeniu wyidealizowanego obrazu samego siebie z rzeczywistością i mechanizmach obronnych służących podtrzymaniu dobrego mniemania o sobie. To tylko niektóre problemy, wyliczankę możnaby jeszcze długo ciągnąć.
Na przykład zastanowia mnie, czy Jim był ofiarą losu, nieszczęśliwego zbiegu okoliczności, czy też wszystko, co mu się przydarzyło było konsekwencją jego własnych czynów i błędnych decyzji. A te wynikały z jego charakteru, czy mógł więc postąpić inaczej? Między fatalizmem a determinizmem, ile miejsca pozostaje dla wolnej woli?
Inne pytanie, na które nie znalazłam odpowiedzi: dlaczego kapitan Brierly popełnił samobójstwo? Jaki związek miała z tym sprawa Jima, w którego procesie uczestniczył?
Czytając tę powieść ciągle miałam wrażenie, że coś mi umyka. Często wracałam do poprzednich stron i akapitów, bo wydawało mi się, że przeoczyłam jakieś istotne wskazówki ukryte między wierszami. I nie mam pewności, czy do końca ją zrozumiałam. Dla mnie najważniejsze w tej historii jest ukazanie złożoności ludzkiej psychiki i przeświadczenie, że nie sposób w pełni poznać drugiego człowieka, bo nawet o sobie wszystkiego nie wiemy.

01.12.2007

Stuart Woods: "Strefa zamknięta"


Major żandarmerii wojskowej Holly Barker przegrawszy proces o molestowanie seksualne, który wraz z koleżanką wytoczyła dowódcy, może uznać swoją karierę w armii za skończoną. Odchodzi ze służby i przyjmuje ofertę przyjaciela, szeryfa w miasteczku na Florydzie, który proponuje jej stanowisko swojego zastępcy. Nowy szef informuje ją, że w wydziale jest "wtyczka", ale nie ustalił jeszcze, kto z jego ludzi dał się skorumpować. Pierwszego dnia w pracy Holly dowiaduje się, że poprzedniej nocy ktoś strzelał do szeryfa, który znajduje się w stanie krytyczny. A zaraz potem znajduje jego przyjaciela zabitego z broni palnej. Śledztwo w obu tych sprawach prowadzi w ślepy zaułek, a tymczasem uwagę Holly przyciąga strzeżone osiedle - ogrodzone i patrolowane przez całą armię ochroniarzy, którzy wzbraniają wstępu nawet policji. Nurtuje ją pytanie, co w tej strefie zamkniętej wymaga aż takiego nadzoru.
To druga powieść Woodsa, jaką przeczytałam. W poprzedniej, "Pod taflą jeziora", spodobał mi się styl autora, wartka akcja, ciekawe postacie, humor. Niestety, "Strefa zamknięta", choć bardziej realistyczna, bez elementów "nadprzyrodzonych", jest też znacznie słabsza. Humoru tu niewiele, postacie dość schematyczne - najlepiej w tym towarzystwie wypada pies, a właściwie suka rasy doberman imieniem Daisy. Napięcie też od pewnego momentu siada. A najbardziej mnie zirytowało, gdy na koniec okazało się, że informacje potrzebne do rozwiązania sprawy Holly i jej poprzednik mogli bez trudu znaleźć w dokumentach, którymi od początku dysponowali. Uniknęliby wielu kłopotów, gdyby nie awersja do słowa pisanego.