13.05.2008

Robert Louis Stevenson: "Wyspa skarbów"


I znów powieść przygodowa - chyba ostatnio nasiliły się u mnie tendencje eskapistyczne.
Z twórczości Roberta Louisa Stevensona jak dotąd czytałam tylko nowelę "Doktor Jekyll i pan Hyde". "Wyspę skarbów" znałam tylko z ekranizacji i tak by pewnie zostało, gdyby książka nie pojawiła się w nader przystępnej cenie w... hipermarkecie.
Akcja powieści toczy się w XVIII wieku i koncentruje wokół poszukiwań złota zrabowanego przez piratów i zakopanego na bezludnej wyspie. Głównym bohaterem i narratorem powieści jest Jim Hawkins, syn właściciela nadmorskiej gospody, w którego ręce trafia mapa z zaznaczonym miejscem ukrycia skarbu legendarnego kapitana Flinta. Miejscowy dziedzic, któremu chłopak pokazał swoje znalezisko, organizuje wyprawę: kupuje i wyposaża szkuner, werbuje załogę. Nie podejrzewa, że na statek zaciągnęli się byli kompani sławnego korsarza, zwabieni nadzieją odzykania łupów. Nieuchronnie musi dojść do walki z piratami na śmierć i życie.
"Wyspa skarbów" to klasyka powieści przygodowej, która ukształtowała popularne wyobrażenia o piratach, często odtąd przedstawianych na wzór Długiego Johna Silvera - bez nogi, z gadającą papugą na ramieniu. Ten czarny charakter jest niewątpliwie najciekawszą osobowością, ale i inne książkowe postacie, choć potraktowane szkicowo, są zróżnicowane, tak jak i język, którym się posługują. Wprawdzie to literatura młodzieżowa, z której dawno powinnam była wyrosnąć, ale uważam, że prezentuje dobry poziom literacki. I całkiem miło się ją czytało.

5 komentarzy:

Uczeń Czarnoksiężnika pisze...

Co to znaczy wyrosnąć droga Bruixo? :) Z dobrych książek się nie wyrasta. Nie ważne czy to literatura młodzieżowa, czy nawet baśnie czy bajki. Kiedyś C.S. Lewis pisał, że książek nie powinno się szeregować według wieku czytelników, jak to czynią na stoiskach w hipermarketach.

Wprost głupio byłoby ustalać 'okna czasowe' dla każdej książki, które po przekroczeniu terminu zatrzaskują się bezpowrotnie. Czy jeśli nie przeczytałem Wyspy skarbów w wieku tych 12-14 lat to teraz już nie mogę, bo 'powinienem już z takich książek wyrosnąć'? :)

Sam często wracam do książek przygodowych, młodzieżowych, czasem nawet dla dzieci. Od czasu do czasu jest to nawet wskazane. Ot choćby możesz zauważyć w forumowym dziele o biblioteczkach na mojej półce 'Porwanie Baltazara Gąbki', które kupiłem i przeczytałem w całkiem niedziecięcym wieku. :)

A Wyspa Skarbów, jak sama powiedziałaś to już klasyka przygody. Też czytałem, natrafiwszy kiedyś w bibliotece i spodobała mi się.

Judytta pisze...

Chyba cię wzięło na taką książkę przed Indiana Jonsem:)))

Bruixa pisze...

Pocieszyłeś mnie, Uczniu!
Też nieraz wracam do książek z dzieciństwa, ale czasem dopada mnie poczucie winy, że czytam błahostki zamiast wziąć się za jakieś ambitne, poważne dzieło. Tyle, że ostatnio nie mam czasu ani nastroju na ciężkie lektury wymagające skupienia i wysiłku myślowego. Mam nadzieję, że to mi przejdzie - tylu książek wartch uwagi jeszcze nie przeczytałam!

Judytto, wtedy jeszcze nie byłam zdecydowana na wyprawę do kina; to przypadek albo prawo serii. Miewam takie fazy na jakiegoś autora, gatunek albo tematykę.

Ravena pisze...

O, ja też całkiem niedawno wróciłam do "Wyspy skarbów". Nie tyle czytała, co przewertowałam wprawdzie, ale wróciły do mnie czasy, gdy z wypiekami na twarzy czytałam o poszukiwaniu skarbu i utożsamiałam się oczywiście z piratami. Dość krwiożercze dziecko byłam przez pewien czas, gdy to fascynowałam się wszystkim co związane z piractwem ;)
A co do 'wyrastania"... A dziś miałam przypadek czytelnika, mocno pod 70tkę, który postanowił sie zaznajomić z Narnią, bo jakoś nigdy nie czytał. Na lekturę nigdy nie jest za późno. A w końcu "Wyspa skarbów" to też już klasyka, którą wypada znać :)

Bruixa pisze...

Ze wstydem wyznaję, że nie czytałam "Opowieści z Narnii" - jakoś mi to umknęło w dzieciństwie, a potem, w wieku zaawansowanym, głupio mi było wypożyczać. Ale może jednak wezmę przykład z tego starszego pana. Bądź co bądź, to też klasyka.