Haruki Murakami to obecnie jeden z najmodniejszych pisarzy - gdzie się nie obejrzę, natrafiam na to nazwisko. Pełno go w księgarniach, w prasie, na blogach i forach internetowych. Po raz kolejny wyszło na jaw, że nie jestem na bieżąco i postanowiłam nadrobić to zapóźnienie. Przeczytałam
"Tańcz, tańcz, tańcz" i stwierdzam, że zachwyty nad twórczością Japończyka i jej fenomenalna popularność są dla mnie niepojęte.
Przez pierwsze 100 stron (a powieść liczy ich ponad 500) walczyłam z pokusą, żeby książkę odłożyć i już do niej nie wracać. Potem było nieco lepiej - nie, żeby historia mnie wciągnęła, bo nadal niewiele się działo i wiało nudą - ale chyba przywykłam do maniery autora i uzbroiłam się w cierpliwość. Zagorzali fani Murakamiego gotowi mnie zlinczować za takie bluźnierstwo, ale przyszło mi na myśl, że gdybym skrzętnie spisała wszystko, co robiłam, jadłam, zobaczyłam, usłyszałam, o czym pomyślałam i co mi się przyśniło - bez żadnej selekcji i dbałości o formę - to wyszłoby z tego podobne dzieło.
Bohaterem, a zarazem narratorem jest trzydziestoparoletni tokijczyk zarabiający na życie pisaniem na zlecenie tekstów do czasopism kobiecych i folderów reklamowych. Nawiedzają go sny o hotelu Dolphin w Sapporo, w którym przed laty spędził czas jakiś z dziewczyną imieniem Kiki. W tych snach ona go przyzywa, bierze więc urlop i wyrusza na poszukiwanie... no właśnie, czego? Szczęścia? Sensu życia, który gdzieś zagubił? Utraconego własnego "ja"?
Powieściowe postacie to ludzie samotni, spragnieni uczuć, ale niezdolni do autentycznej bliskości z drugą osobą, bo skupieni wyłącznie na sobie. Posiadają mnóstwo rzeczy, ale nie mają tego, na czym im naprawdę zależy. Wykonują bezsensowną pracę, która nie daje im satysfakcji, ale "ktoś to musi robić", a po za tym, trzeba z czegoś żyć.
Murakami mówi o kosztach, jakie pociąga za sobą życie w zaawansowanym kapitalizmie, o społeczeństwie konsumpcyjnym, w którym marnotrawstwo jest cnotą, o narcyzmie i alienacji. Nie są to błahe problemy, ale nie ma też w jego powieści niczego odkrywczego. Inni już o tym pisali i robili to ciekawiej. Narracja jest rozwlekła i monotonna, z mnóstwem powtórzeń. Fabuła sprawia wrażenie, że autorowi brakowało pomysłów i nie zaplanował całości, lecz rozwijał wątki w zupełnie przypadkowy sposób, wtrącając tu i ówdzie elementy fantastyczne, opisy i dygresje. Nie dostrzegam w tym wielkiej literatury, zasługującej na Nobla, do którego Murakami jest typowany od kilku lat. Być może inne jego książki są lepsze, ale po tej lekturze mnie do nich nie ciągnie.
PS. W powieści pojawia się postać pisarza o nazwisku
Hiraku Makimura, o którym mówi się, że "nie jest złym człowiekiem, nie ma jednak talentu". Co nie przeszkadza mu wydawać kolejnych książek i świetnie prosperować. Samokrytyka to czy kokieteria?