
Po ostatnich, czysto rozrywkowych lekturach zachciało mi się dla odmiany ambitniejszej literatury. Sięgnęłam po Joyce'a, którego przez lata omijałam z daleka. Moje pierwsze podejście do tego pisarza się nie powiodło: porwałam się na "Ulissesa" we wczesnej młodości i nie dałam rady przeczytać. Tym razem wzięłam się za "Portret artysty z czasów młodości", pierwszą powieść Joyce'a, uznawaną za wprowadzenie do dzieła jego życia, czyli "Ulissesa". Powieść ma charakter autobiograficzny, jej bohaterem jest Stefan Dedalus - alter ego autora. Narracja składa się z szeregu epizodów z dzieciństwa i młodości pisarza. Ukazuje jego dom rodzinny na wsi, przeprowadzkę zubożałej rodziny do stolicy, życie w jezuickiej szkole z internatem, środowisko studentów uniwersytetu w Dublinie. W zakończeniu bohater buntuje się przeciwko katolicko-nacjonalistycznej, dusznej atmosferze Irlandii i wyjeżdża za granicę. Jak mityczny Dedal wyfruwa na wolność.
Szczerze mówiąc książka mnie nie zachwyciła. Niektóre fragmenty mi się podobały, ale inne po prostu nużyły. Joyce pewnych kwestii nie dopowiada, za to inne rozciąga ponad miarę. Są tu dłużyzny, a styl jest miejscami anachroniczny i pompatyczny. Być może to wina tłumacza, a może to ja nie potrafię się poznać na geniuszu.


