14.06.2007

James Joyce: "Portret artysty z czasów młodości"


Po ostatnich, czysto rozrywkowych lekturach zachciało mi się dla odmiany ambitniejszej literatury. Sięgnęłam po Joyce'a, którego przez lata omijałam z daleka. Moje pierwsze podejście do tego pisarza się nie powiodło: porwałam się na "Ulissesa" we wczesnej młodości i nie dałam rady przeczytać. Tym razem wzięłam się za "Portret artysty z czasów młodości", pierwszą powieść Joyce'a, uznawaną za wprowadzenie do dzieła jego życia, czyli "Ulissesa". Powieść ma charakter autobiograficzny, jej bohaterem jest Stefan Dedalus - alter ego autora. Narracja składa się z szeregu epizodów z dzieciństwa i młodości pisarza. Ukazuje jego dom rodzinny na wsi, przeprowadzkę zubożałej rodziny do stolicy, życie w jezuickiej szkole z internatem, środowisko studentów uniwersytetu w Dublinie. W zakończeniu bohater buntuje się przeciwko katolicko-nacjonalistycznej, dusznej atmosferze Irlandii i wyjeżdża za granicę. Jak mityczny Dedal wyfruwa na wolność.
Szczerze mówiąc książka mnie nie zachwyciła. Niektóre fragmenty mi się podobały, ale inne po prostu nużyły. Joyce pewnych kwestii nie dopowiada, za to inne rozciąga ponad miarę. Są tu dłużyzny, a styl jest miejscami anachroniczny i pompatyczny. Być może to wina tłumacza, a może to ja nie potrafię się poznać na geniuszu.

6 komentarzy:

Judytta pisze...

Do tej pory omijam go z daleka ale korci mnie aby kiedyś sięgnąć po niego.
Choć też myślę ze bardziej mnie rozczaruje i pewnie nie przebrnę przez taką lekturę.

Łukasz Modrzejewski pisze...

A ja bardzo lubię Joyce'a :) Serio, idzie przez to przebrnąć. Nim weźmiecie Ulissesa weźcie do ręki "Dublińczyków" i "Portret...". Polecam. Kawał świetnej literatury.

Bruixa pisze...

No cóż, de gustibus...
Ale może jeszcze kiedyś zdobędę się na drugie podejście do Ulissesa.

Tomek pisze...

Trochę spóźniony komentarz, ale natknąłem się na blog przy okazji szukania materiałów do artykułu ;)
Otóż bardzo niedobrze, że odrzuciłaś "Ulissesa". Ja zabrałem się za niego w lutym i na początku, faktycznie, było ciężko. Słomczyński dość dobrze oddał styl, jakim posługiwał się Joyce, przez co książka chwilami może przytłaczać, jednak wierz mi, po dwustu, trzystu stronach czytelnik "przestawia się" i idzie gładko (nie licząc kilku zgrzytów w późniejszych miejscach, ale to już wedle gustu - są ludzie zachwycający się fragmentami, które mnie nużyły).
Co do samego "Portretu...", czytałaś tłumaczenie Jarniewicza czy Allana? Właśnie ten pierwszy w "Literaturze na świecie (nr 7-8/04)" dość mocno obsmarował tego drugiego wytykając masę błędów, przez które książka traci (po czym opublikował swoje tłumaczenie, więc nie został gołosłowny).
Tak w ogóle, to bardzo fajny blog ;)

Bruixa pisze...

Cześć, Tomku!
Nie tracę nadziei, że jeszcze kiedyś przeczytam "Ulissesa" (i parę innych dzieł, które dotąd omijałam;)).
Nie pamiętam, czyj to był przekład, ale chyba Allana, bo Jarniewicza jest zbyt świeży, a to było dość stare wydanie.
Dziękuję za komentarz i miłe słowa pod adresem mojego mocno ostanio zaniedbanego bloga.

Anonimowy pisze...

Też piszę po czasie, ale co tam, może ktoś przeczyta ;). Jedna rada: oryginał i w łapkę słownik. Nie ma bata, tłumaczenie Allana może być dla nas trochę toporne, zważywszy na to, kiedy zostało napisane (ma już prawie... 80 lat!). To poza tym kalectwo wszystkich przekładów, nigdy nie oddadzą delikatnej struktury języka, z którego zostały przełożone. Czytanie w oryginale to zupełnie inna jakość. Dzisiaj nie ma problemu: wpisanie słowa w słowniku online nie zajmuje sekundy, a czytanie z wersją polską (pdf czy na papierze) obok to już idzie jak po masełku, jeśli mamy kłopot ze złożeniem słów w całe zdanie. Polecam takie rozwiązanie. Dodam, że gdybym najpierw wzięła się za przekład, to obawiam się, że powieść by mnie nie zachwyciła (późniejsze konfrontacje oryginał-tłumaczenie były jakby spłaszczaniem "Portretu...", naprawdę, jak dla mnie Allan wykonał dobrą robotę, ale translacja translacją...). Nie wypowiadam się na temat Ulissesa, jeszcze przede mną, a i obawiam się, że objętość wykluczy pracę z oryginalnym tekstem (w końcu angielski w liceum nie daje nieskończonych możliwości, eh...).