
To już siódmy tom z cyklu "Wszystkie stworzenia małe i duże". Zwolniony z RAF-u James powraca do domu i swojej praktyki w Darrowby. Ma już dwoje dzieci, które od małego towarzyszą mu w wyprawach na farmy i poznają specyfikę pracy wiejskiego weterynarza. Siegfried także założył rodzinę, nawet Tristan w końcu się ustatkował. W "Bożych stworzeniach" Herriot odnotowuje postęp, jaki nastąpił po wojnie w medycynie weterynaryjnej wraz z zastosowaniem antybiotyków i nowych technik operacyjnych. Wspomina też rejs statkiem transportowym w charakterze konwojenta owiec eksportowanych do ZSRR we wczesnych latach 60'. Opisuje sztorm na Bałtyku i wrażenia, jakie wyniósł z krótkiego pobytu za żelazną kurtyną - w Kłajpedzie i Szczecinie. A także kolejną podróż, do Stambułu, która dostarczyła mu niezapomnianych przeżyć, choć całkiem innych niż oczekiwał. Ale jak zwykle, najwięcej miejsca poświęca swoim pacjentom z Yorkshire i ich właścicielom. Wśród przypadków, z jakimi spotkał się w codziennej pracy, są historie i smutne, i zabawne. Najbardziej mnie rozśmieszyła corrida, którą Herriot stoczył z rozjuszonym bykiem. Zamiast szpady i mulety posłużył się przyrządem o zupełnie innym przeznaczeniu, a szarżujące zwierzę miało uzasadnione powody do irytacji.