11.06.2011

Marcin Wroński - "A na imię jej będzie Aniela"

Trzeci tom z cyklu kryminałów retro Marcina Wrońskiego, których akcja toczy się w Lublinie - rodzinnym mieście autora. Główny bohater - komisarz Zygmunt Maciejewski - jest wteranem wojny z bolszewikami, wdowcem, byłym bokserem. Mieszka w dość nędznych warunkach na peryferiach miasta i nie wylewa za kołnierz. Po raz pierwszy spotykamy go w 1930 roku, kiedy prowadzi śledztwo w aprawie dwóch zabójstw: redaktora naczelnego opozycyjnej, endeckiej gazety oraz cenzora ("Morderstwo pod cenzurą"). Wydarzenia opisane w "Kinie Wenus"  mają miejsce rok później. Maciejewski właśnie wbrew swym chęciom awansował na kierownika komisariatu w dzielnicy zamieszkanej głównie przez żydowską biedotę. Zwierzchność oczekuje, że bęzie pilnował porządku i miał oko na komunistycznych wichrzycieli. On tymczasem wpada na trop szajki handlarzy żywym towarem, którzy zmuszają do prostytucji ubogie dziewczęta, zwabione obietnicą pracy lub małżeńśtwa.
Akcja powieści "A na imię jej będzie Aniela" rozpoczyna się we wrześniu 1938 od zamordowania na tle seksualnym młodej służącej. Dochodzenie nie prowadzi, niestety, do wykrycia sprawcy. Dokładnie rok później, gdy na Lublin spadają niemieckie bomby, a władze pośpiesznie się ewakuują, Maciejewski znajduje kolejną ofiarę tego samego zbrodniarza. Schwytanie mordercy staje się jego obsesją. Aby kontynuować śledztwo wstępuje do niemieckiej policji kryminalnej. Jednocześnie nawiążuje współpracę z wywiadem AK. Z obu tych powodów po wojnie dosięgną go represje ze strony NKWD.
W tle tej kryminalnej historii mamy okupacyjną codzienność miasta - z gettem i pobliskim obozem na Majdanku. Jedni cierpią i umierają, inni nabijają sobie kabzę albo dają upust sadystycznym skłonnościom w poczuciu bezkarności.
Książki o komisarzu Maciejewskim natychmiast nasuwają porównania z cyklem o Breslau. Podobieńśtwo jest szczególnie widoczne w tej właśnie powieści, choćby w sposobie prowadzenia narracji z przeskokami w czasie od wydarzeń późniejszych do wcześniejszych. Ale nie tylko o to chodzi. Dotychczas Wroński stał mocno na ziemi, bez wycieczek w rejony metafizyczno-ezoteryczne, tak charakterystyczne dla Krajewskiego. Pobudki działania przestępców były czysto pragmatyczne. Tutaj mamy do czynienia z seryjnym mordercą, a ci, jak wiadomo, w wyborze ofiar i modus operandi kierują się sobie tylko znanymi, chorymi motywami. Pojawia się też postać jasnowidzącej Żydówki. No, i makabry jest znacznie więcej.
Moim zdaniem Wroński pisze nie gorzej od wrocławianina, wydaje mi się nawet, że ma lżejsze pióro. Chociaż wolałam jego dwie poprzednie książki, to i ta podobała mi się bardziej od ostatnich lwowskich powieści Krajewskiego.

2 komentarze:

Linka pisze...

Zachęciłaś mnie głównie porównaniem do twórczości Krajewskiego, no i sam fakt, że to kryminał historyczny również mnie przekonuje :) Na pewno dodam do listy którąś z pozycji autora :)

Bruixa pisze...

Miło mi, Linko :) Radzę zacząć od początku, żeby poznać główne postacie. Ciekawa jestem, czy Ci się spodoba.