18.04.2011

Faye Kellerman - "Uliczne marzenia"

Lubię thrillery psychologiczne Jonathana Kellermana, ale nie znałam dotąd twórczości jego żony. "Uliczne marzenia" to pierwsza jej książka, jaką przeczytałam i na więcej nie mam ochoty.
Początkująca policjantka Cindy Decker podczas patrolu znajduje noworodka w pojemniku na śmieci. Na szczęście dziecko żyje i trafia do szpitala, ona zaś robi wszystko, by odszukać jego matkę i wyjaśnić, dlaczego je porzuciła. Śledztwo idzie jak po sznurku: żadnych mylnych tropów i ślepych zaułków, same szczęśliwe zbiegi okoliczności, dzięki którym funkcjonariuszka najpierw znajduje dziewczynę, a następnie bandziorów, którzy ją skrzywdzili. Pomaga jej ojciec - policyjny wyga, mamy więc dialogi, w których tak lubują się Amerykanie, a które mnie przyprawiają o ból brzucha: - Kocham cię, tatku. - I ja cię kocham, księżniczko.
Przy okazji ratowania niemowlaka Cindy nawiązuje znajomość z pielęgniarzem, który szczęśliwym trafem też jest Żydem, chociaż czarnoskórym, bo pochodzi z Etiopii. Jest więc i wątek miłosny, mnóstwo migdalenia i prawienia sobie duserów. "Mój mężczyzna" - tak policjantka wypowiada się o ukochanym, bo narracja prowadzona jest na przemian w pierwszej i trzeciej osobie.
Kolejny wątek to prywatne dochodzenie macochy bohaterki, która po latach chce się dowiedzieć, kto zamordował jej babkę w Niemczech w latach 30'. Nie wiedzieć po co doczepiony, chyba dla dodania książce objętości.
Mogę zrozumieć, że Faye Kellerman zapragnęła pójść w ślady męża, ale nie pojmuję dlaczego ktoś zdecydował się jej pisaninę wydać i przetłumaczyć na polski. I jak recenzent może pisać o "perfekcyjnie zbudowanej fabule", skoro nie trzeba znawcy, żeby stwierdzić, że "Uliczne marzenia" to bardzo kiepski kryminał.

Brak komentarzy: