
Chociaż powieść, zainspirowana staroangielskim poematem, rozgrywa się w średniowiecznej scenerii, z udziałem skandynawskich wojowników, potworów i smoka, trudno mi ją zaliczyć do gatunku fantasy. "Grendel" to dzieło postmodernistyczne, w którym pisarz igra z konwencją rycerskiego eposu, eksperymentuje z formą, przeplata różne style wypowiedzi i nawiązuje do innych autorów. Fabuła jest pretekstem do filozoficznych rozważań na temat ludzkiej natury i kultury, dobra i zła, sensu istnienia.
Grendel prześladuje króla Hrothgara, napada na jego dwór, morduje wojów, pożera trzodę i bydło. Odczuwa wobec ludzi nienawiść i pogardę, a jednocześnie fascynację. Szczególnie starym bardem, który w swych pieśniach dodaje wzniosłości mało chwalebnym postępkom, mordy, gwałty i grabieże przedstawiając jako bohaterskie czyny. Od smoka Grendel dowiaduje się, że Wszechświat nie zmierza w żadnym określonym kierunku, a życie wszystkich zaludniających go stworzeń nie ma sensu ani celu. Ale ludzie wymyślili religię i sztukę, aby objaśnić i uzasadnić swoją egzystencję: "Za pomocą swoich teoryjek próbują wytyczyć drogę przez Piekło." Na tle ludzkiej hipokryzji, pazerności, okrucieństwa i głupoty potwór nie wydaje się taki zły, a wręcz prostolinijny i uczciwy; jeśli nawet nie budzi sympatii, to przynajmniej współczucie.
Ta bardzo ciekawa powieść pełna jest odniesień do innych dzieł literackich i filozoficznych, a przez to dosyć hermetyczna. W końcu nie każdy czytelnik ukończył anglistykę na dobrej uczelni i jest w stanie rozpoznać wszystkie aluzje i cytaty. Dla mnie to frustrujące, gdy słyszę, że dzwonią, ale nie wiem, w którym kościele. Książka aż się prosi o jakieś opracowanie krytyczne, posłowie czy choćby garść przypisów, a tego, niestety, zabrakło.