Pérez-Reverte po raz kolejny dowodzi swojej pomysłowości i erudycji. "Szachownica flamandzka" to powieść detektywistyczna, w której dochodzenie prowadzone jest na kilku płaszczyznach; to jak rozwiązywanie łamigłówki wymagające dobrej znajomości sztuki, szachów i psychologii. Ale tym razem autor chyba przekombinował. Fabuła jest nazbyt wymyślna i skomplikowana, za to bohaterowie nie dość przekonujący, aby uwiarygodnić tę historię. Zainteresowały mnie dzieje obrazu i postaci na nim przedstawionych, ale jakoś nie potrafiłam się przejąć niebezpieczeństwem grożącym Julii i jej przyjaciołom.
30.03.2008
Arturo Pérez-Reverte: "Szachownica flamandzka"
Pérez-Reverte po raz kolejny dowodzi swojej pomysłowości i erudycji. "Szachownica flamandzka" to powieść detektywistyczna, w której dochodzenie prowadzone jest na kilku płaszczyznach; to jak rozwiązywanie łamigłówki wymagające dobrej znajomości sztuki, szachów i psychologii. Ale tym razem autor chyba przekombinował. Fabuła jest nazbyt wymyślna i skomplikowana, za to bohaterowie nie dość przekonujący, aby uwiarygodnić tę historię. Zainteresowały mnie dzieje obrazu i postaci na nim przedstawionych, ale jakoś nie potrafiłam się przejąć niebezpieczeństwem grożącym Julii i jej przyjaciołom.
21.03.2008
Monika Szwaja: "Zapiski stanu poważnego"
Powieść w formie dziennika głównej bohaterki - trzydziestoparoletniej dziennikarki szczecińskiej telewizji. Wika dowiaduje się, że jest w ciąży i ma problem - nie wie, z kim, jako że w rachubę wchodzi dwóch panów. Na szczęście, jeden z nich szybciutko zostaje wyeliminowany jako ewentualny przyszły tatuś, za to na horyzoncie pojawia się trzeci mężczyzna, najlepiej rokujący w roli amanta. Od tej chwili wszystko jest już doskonale przewidywalne aż po obowiązkowy happy end.
Pełny tytuł książki Moniki Szwai brzmi: "Zapiski stanu poważnego. Powieść dla kobiet. Oraz płci pozostałych." I już wiadomo, że to lektura lekka, żadnych psychologicznych komplikacji ani poważnych problemów egzystencjalnych czytelnik tu nie uświadczy. Postaci są nakreślone grubą kreską, a fabuła nie odbiega od schematu właściwego romansom. Najciekawsze są fragmenty ukazujące pracę w telewizji od kuchni.
Przyznam się, że książka nawet mnie wciągnęła, ale po jej zakończeniu nie pozostały mi w głowie żadne refleksje. Utwierdziłam się w przekonaniu, że tzw. literatura kobieca to gatunek nie dla mnie.
Etykiety:
"Zapiski stanu poważnego",
literatura kobieca,
Monika Szwaja,
romans
18.03.2008
Jeff Lindsay: "Dekalog dobrego Dextera"
Słyszałam wiele pozytywnych opinii o serialu telewizyjnym "Dexter" i ciekawa byłam literackiego pierwowzoru. Niestety, w bibliotece nie znalazłam pierwszej powieści -"Demony dobrego Dextera", a jedynie jej kontynuację - "Dekalog dobrego Dextera". Wolałabym czytać po kolei, ale cóż, tak to już jest z osiedlowymi bibliotekami. I tak dobrze, że jakieś nowości do nich czasami trafiają.
Istnieje mnóstwo książek i filmów o seryjnych mordercach i ścigających ich detektywach. Oryginalnym pomysłem Jeffa Lindsaya jest połączenie tych dwóch typów postaci w jednej osobie. Tytułowy bohater, a zarazem narrator, pracuje w policyjnym laboratorium w Miami, badając ślady krwi pozostawione w miejscach zbrodni. W wolnym czasie rozładowuje swoje krwiożercze skłonności tropiąc i eliminując zwyrodniałych morderców. Dexter jest socjopatą, któremu obce są ludzkie uczucia - sam siebie nazywa "potworem w ludzkiej skórze". Przy najlepszej woli trudno go uznać za postać pozytywną, a mimo to wzbudza sympatię. Człowiek łapie się na tym, że mu kibicuje i usprawiedliwia jego postępowanie. Bowiem Dexter potrafi utrzymać swoje instynkty na wodzy i ściśle przestrzega zasad - zabija tylko morderców, których winy nie ulegają wątpliwości.
Niekonwencjonalny bohater, sensacyjna akcja, duża dawka cynizmu i czarnego humoru - to walory tej książki. Jest w niej sporo brutalności i makabry, która byłaby ciężka do zniesienia, gdyby ją potraktowano realistycznie i na serio. Ale w "Dekalogu dobrego Dextera", podobnie jak w filmach Quentina Tarantino, przemoc ujęta jest niejako w cudzysłów, ukazana z ironicznym przymrużeniem oka.
15.03.2008
Georges Simenon: "Sprawa Saint-Fiacre"
"Sprawa Saint-Fiacre" to solidny kryminał, jak przystało na Simenona. Spośród innych wyróżnia się tym, że choć Maigret prowadzi śledztwo, to nie jemu przypada główna rola w kulminacyjnej scenie zdemaskowania zbrodniarza. A złoczyńca, mimo że dopuścił się odrażającego czynu, nie podlega sankcji prawnej, jedynie osądowi moralnemu. Poza tym w powieści odnajdujemy typowe cechy stylu Simenona, jak choćby zwięzłość. Ten pisarz potrafi w kilku zdaniach scharakteryzować postaci, wydobywając ich najistotniejsze rysy. Nie wdaje się w przydługie "opisy przyrody", a mimo to wiejski pejzaż z zamkiem, kościołem, oberżą stają jak żywe przed oczami.
Etykiety:
"Sprawa Saint-Fiacre",
Georges Simenon,
powieść kryminalna
12.03.2008
James Herriot: "Wszystkie stworzenia"
Szkoda, że to już koniec cyklu "Wszystkie stworzenia duże i małe". Wydawać by się mogło, że 8 tomów - w sumie około 2000 stron - to aż nadto, a mnie jest żal, że nie będzie dalszego ciągu. Te książki towarzyszyły mi przez ponad rok, przywiązałam się do ich bohaterów, zadomowiłam w Skeldele House, oglądałam Yorkshire oczami Herriota. I podobnie jak tłumacz w posłowiu mogę powiedzieć, że ich autor jest mi bliski, choć go nigdy nie spotkałam. Na pewno kiedyś jeszcze wrócę do wspomnień Herriota, tak jak się powraca do ukochanych lektur z dzieciństwa. Te książki krzepią, sprawiają, że cieplej się robi na sercu.
5.03.2008
Neil Gaiman: "Gwiezdny pył"
Po przeczytaniu "Amerykańskich bogów" poszłam za ciosem i od razu pożyczyłam następną książkę Gaimana. Tym razem z grubsza wiedziałam, czego się spodziewać - wcześniej obejrzałam "Gwiezdny pył" w kinie. Ale jak to zwykle bywa, filmowa adaptacja, chociaż udana, różni się od literackiego pierwowzoru: pewne wątki zostały pominięte, inne rozbudowane lub zmienione, również zakończenie. Niektóre szczegóły zdążyły mi już wylecieć z pamięci i przypomniałam je sobie dopiero podczas lektury.
Bohater powieści, osiemnastoletni Tristran Thorn kocha się w Victorii, najpiękniejszej dziewczynie w wiosce, a być może i w całym imperium brytyjskim. Aby przekonać wybrankę o sile swoich uczuć i zyskać jej przychylność obiecuje jej, ni mniej, ni więcej tylko... gwiazdkę z nieba. Pewnej nocy oboje dostrzegają spadającą gwiazdę i Tristran przyrzeka ukochanej, że ją dla niej zdobędzie. W tym celu musi udać się na drugą stronę muru, który oddziela wiktoriańską Anglię od krainy czarów. Przejścia pilnują strażnicy i tylko raz na 9 lat oba światy spotykają się na wielkim jarmarku. Na dodatek chłopak nie jest jedyną osobą, która pragnie odnaleźć gwiazdę. Poszukuje jej także, dla własnych celów, królowa czarownic.
To całkiem inna powieść niż "Amerykańscy bogowie", bliższa tradycyjnej fantasy. Jej tonacja jest lżejsza, bardziej pogodna, a wykreowany świat nie tonie w szarości, tylko mieni się kolorami. Co wcale nie znaczy, że jest sielankowy. "Gwiezdny pył" to rodzaj baśni, a w tym gatunku nie brak okrucieństwa i szwarccharakterów. Oprócz złych czarownic tę rolę odgrywają synowie Władcy Cytadeli Burz bezpardonowo walczący o sukcesję. Gaiman pomysłowo i dowcipnie przerabia znane skądinąd motywy i w efekcie tworzy interesującą powieść.
28.02.2008
Neil Gaiman: "Amerykańscy bogowie"
"Amerykańscy bogowie" to książka bardzo oryginalna, zarówno pod względem treści, jak i formy. Zasadniczo można ją określić jako fantasy, ale bardzo mroczne, z domieszką kryminału i horroru, okraszone wisielczym humorem. Przenikają się tu dwa światy: współczesne Stany Zjednoczone, które przemierzają bohaterowie, z obszarem mityczno-onirycznym. Zarazem jest to powieść drogi bliska literaturze pikarejskiej. Na dodatek fabuła przetykana jest wstawkami, które wyjaśniają, skąd się wzięły w Ameryce postaci z nordyckich sag, celtyckich legend, mitologii słowiańskich i wierzeń afrykańskich. Te interludia są prawdziwymi perełkami krótkiej formy.
W książce kilkakrotnie powtarza się zdanie: "to nie jest dobry kraj dla bogów". Porzuceni przez wyznawców, odchodzą w zapomnienie wypierani przez coraz to nowe bożyszcza. Ale wygląda na to, że i dla ludzi nie jest to dobre miejsce - ani dla rdzennych Amerykanów, ani dla przybyszów: afrykańskich niewolników, brytyjskich zesłańców, kolejnych fal imigrantów. Na okładce można przeczytać, że Neil Gaiman wyrusza w podróż w poszukiwaniu duszy Ameryki. Ale czy ją znajduje? W jego powieści USA jawią się jako wypełniona tandetą duchowa pustynia, w której najwyższym bóstwem jest pieniądz.
Mimo przygnębiającej atmosfery "Amerykańskich bogów" świetnie się czyta. Gaiman potrafi opowiadać w zajmujący sposób i raz po raz zaskakiwać czytelników ciekawymi pomysłami i zwrotami akcji.
25.02.2008
John le Carré: "Nocny recepcjonista"
Ta książka po prostu mnie wessała i trzymała w napięciu do ostatniej kropki. Akcja jest wartka i toczy się na wielu planach, w scenerii gabinetów Whitehallu i kornwalijskiej wioski, na rajskiej wyspie Ropera i w panamskim obozie szkoleniowym dla najemników. Kreacja głównego bohatera jest bardzo staranna, ale i postaci z dalszego planu są zindywidualizowane i wiarygodne. Wydźwięk powieści, jak zwykle w przypadku tego pisarza, pesymistyczny. Komu się wydaje, że świat polityki i służb specjalnych to bagno moralne, tego le Carré utwierdzi w tym mniemaniu.
22.02.2008
Marek Krajewski, Mariusz Czubaj: "Aleja samobójców"
W luksusowym domu seniora "Eden" zostaje zamordowany i oskalpowany jeden z pensjonariuszy, a inny znika bez śladu. Zaginiony był chirurgiem, a zarazem profesorem antropologii i biegłym sądowym, znawcą sekt i dziwnych rytuałów. Sprawa trafia do nadkomisarza Jarosława Patera, ale natychmiast na miejscu zbrodni zjawia się ABW i przejmuje śledztwo. Tylko, że Pater nie daje się tak łatwo odsunąć i dalej prowadzi nieformalne dochodzenie z pomocą dwóch zaufanych podwładnych. Wkrótce poznaje pewne fakty z przeszłości dyrektora "Edenu" i jednego z pielęgniarzy, które woleliby ukryć.
Ciekawa byłam, co wynikło ze współpracy Marka Krajewskiego z nieznanym mi Mariuszem Czubajem. Okazuje się, że taki sobie kryminał - można przeczytać, ale równie dobrze można sobie darować. Zamiast przedwojennego Wrocławia w tle mamy Trójmiasto A.D.2006, ukazane realistycznie, z niezbyt atrakcyjnej strony. Podobnie jak w cyklu o Breslau przez "Aleję samobójców" przewijają się osobniki psychopatyczne i antypatyczne. Zbrodnie są brutalne i nasuwają podejrzenia o niezwykłe, mistyczne motywy, mowa tu też o groźnych sektach i tajemniczych rytuałach. Główny bohater nieco przypomina Mocka, choć stroni od alkoholu i nie odwiedza agencji towarzyskich. Jest za to stałym bywalcem różnych jaskiń hazardu oraz wielbicielem jazzu i rocka. Mimo to, wydał mi się dość drętwym facetem, pozbawionym poczucia humoru. Ta jego obsesja na punkcie poprawności językowej i ustawiczne strofowanie podwładnych! Wolałam Eberharda, mimo wszystko.
20.02.2008
Ursula K. Le Guin: "Opowiadanie świata"
Kontakt z Ziemianami uświadomił mieszkańcom Aki, jak bardzo są zapóźnieni technologicznie w stosunku do innych planet Ekumeny. Postawili sobie za cel dogonienie ziemskiej cywilizacji w Marszu do Gwiazd i w ciągu zaledwie 70 lat, kosztem ogromnych wysiłków i wyrzeczeń, dzięki nieludzkiej dyscyplinie zdołali nadrobić wielowiekowe zacofanie. Modernizację okupili utratą tożsamości: dawne obyczaje, tradycje, literaturę i religię uznano za przejawy wstecznictwa, bezlitośnie tępione przez aparat państwowy.
Na tę planetę przybywa Satti jako Obserwator z ramienia Ekumeny. Jej zadaniem jest badanie akańskiej kultury, ale w metropolii została ona już doszczętnie zniszczona. Odnajduje ją w górach na prowincji, gdzie mieszkańcy nadal, mimo represji, kultywują stare obyczaje i przechowują w ukryciu zakazane księgi.
W "Opowiadaniu świata" wyraźnie widać fascynację autorki antropologią kulturową, etnografią, socjologią i pokrewnymi dziedzinami. Stale obecny jest tu też problem nietolerancji w rozmaitych przejawach - Satti, która na Ziemi doświadczyła skutków fanatyzmu religijnego, na Ace styka się z totalitaryzmem o przeciwnym znaku. Świat opisany przez Le Guin bardzo przypomina maoistowskie Chiny; nie sposób uniknąć skojarzeń z Rewolucją Kulturalną, polityką Wielkiego Skoku i okupacją Tybetu. Czytelnicy, których ta tematyka nie interesuje, mogą uznać powieść za nudną - akcji jest tu niewiele i rozwija się w wolnym tempie. Mnie ona zaciekawiła, ale nie porwała. Bardziej podobały mi się wcześniejsze powieści Le Guin z nurtu science-fiction. A szczytowym jej osiągnięciem pozostaje cykl fantasy o Ziemiomorzu.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
