Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura kobieca. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura kobieca. Pokaż wszystkie posty

13.09.2011

Marcia Willett - "Letni domek"

Matt miał kilka lat, gdy stracił ojca, a matka pogrążyła się w depresji, z której nigdy nie zdołała się otrząsnąć. Przeżycia z dzieciństwa odcisnęły się na jego psychice. Dręczący go niepokój i senne koszmary stały się inspiracją dla twórczości literackiej. Jego powieść trafiła na listy bestsellerów, ale po błyskotliwym debiucie stracił wenę i daremnie szuka pomysłu na następną książkę. Życie prywatne też mu się nie układa - w przeciwieństwie do młodszej siostry Imogen, która wyszła za mąż i ma małą córeczkę, on nie potrafi się zaangażować w trwały związek.
Po śmierci matki, przeglądając jej rzeczy, Matt natrafia na plik fotografii w szkatułce z pamiątkami. Rozpoznaje na nich siebie z dzieciństwa, ale nie przypomina sobie szczegółów, jak choćby ubrań, w których go sfotografowano. I, co zastanawiające, na żadnym zdjęciu nie ma Imogen.
Tytułowy "Letni domek" należy do przyjaciela rodziny, emerytowanego oficera. Rodzeństwo spędzało tam wakacje i z nim wiążą się ich najmilsze wspomnienia. I tam właśnie Matt odkryje tajemnicę, którą skrywała przed nimi matka, co pomoże mu lepiej zrozumieć ją i samego siebie.
W notce od wydawcy czytam, że Marcia Willett to brytyjska pisarka, w Polsce do tej pory nie publikowana, choć jej książki cieszą się popularnością na całym świecie. Osobiście nie przepadam za literaturą kobiecą i "Letni domek" mnie nie zachwycił. Ale jeśli lubicie czytać o rozmaitych związkach uczuciowych - miłości, przyjaźni, pokrewieństwa - i odkrywanych po latach rodzinnych sekretach- to coś dla Was.

18.12.2008

Anita Brookner: "Hotel du Lac"

Na tę książkę natknęłam się przeglądając zwroty w bibliotece. Rzut oka na okładkę i natychmiastowe skojarzenie: "Romans". Już miałam ją odłożyć, ale na odwrocie przeczytałam, że Anita Brookner dostała za "Hotel du Lac" nagrodę Bookera, a tej harlequinom raczej nie przyznają. A że tytuł obił mi się już kiedyś o uszy, więc pożyczyłam i przeczytałam.
Bohaterką jest trzydziestoparoletnia Edith Hope, autorka poczytnych romansów, którą przyjaciele nakłonili do wyjazdu za granicę po skandalu, jaki wywołała. Co takiego uczyniła, dowiadujemy się znacznie później. Swój pobyt "na wygnaniu" w szwajcarskim kurorcie zamierza poświęcić pracy nad kolejną powieścią, korzystając z ciszy i spokoju w wyludnionym po sezonie hotelu. Zamiast tego zostaje wciągnięta w sprawy innych ludzi i zmuszona do przemyśleń nad sobą. Uświadamia sobie, że jej życie przypomina wymyślane przez nią fabuły.
Brytyjska pisarka dokonuje ciekawej analizy psychologicznej swojej bohaterki, inne postacie kobiece też są ukazane w przekonujący sposób. Mimo to, powieść mnie nie zachwyciła, nie znalazłam w niej nic, co by mnie osobiście zaangażowało. O ile Roth pisząc o amerykańskim Żydzie pisze dla wszystkich, to Brookner swoją książkę o Angielkach z wyższych sfer kieruje do pewnej grupy czytelniczek (Angielek z klas niższych?), do której chyba się nie zaliczam. Nie mój świat, nie moje problemy, a ich kaliber też nie taki, żebym się miała przejąć. Ponadto zdumiała mnie teza, że pozycję społeczną może kobiecie zapewnić tylko małżeństwo z dobrze sytuowanym i ustosunkowanym mężczyzną. Czyżby na Wyspach czas się zatrzymał w epoce Jane Austen? Jeśli w założeniu to miała być ironia, to jej nie rozpoznałam. Być może przepadła w przekładzie, który pozostawia wiele do życzenia - niektóre zdania zgrzytają, a miejscami trudno doszukać się w nich sensu.

19.09.2008

Anna Fryczkowska: "Straszne historie o otyłości i pożądaniu"

„Straszne historie o otyłości i pożądaniu” - ten tytuł i rysunek na okładce zaciekawiły mnie, ale i wprowadziły w błąd. Spodziewałam się opowiastek w tonie prześmiewczym o paniach walczących z nadwagą, czegoś pomiędzy Bridget Jones i Chmielewską. A przeczytałam interesującą, współczesną powieść, której tematyka wcale nie ogranicza się do wyżej wymienionych kwestii. Owszem, jest w niej mowa o przyczynach zaburzeń w odżywianiu, o społecznej presji, która nakazuje zachować szczupłą sylwetkę i młodzieńczy wygląd bez względu na wiek. Ale też o mężczyznach stawiających kobietom wymagania, z jakich sami czują się zwolnieni i o kobietach, które potulnie poddają się temu dyktatowi byle tylko zyskać akceptację. O potrzebie uczuć i nieumiejętności porozumiewania się z najbliższymi, zdawałoby się, osobami. O samotności w pojedynkę i we dwoje. I o jeszcze paru rzeczach.
Cienka książeczka, a treściwa.
Dwie kobiety zakwaterowane we wspólnym pokoju na wczasach odchudzających różnią się od siebie jak dzień od nocy: wiekiem, charakterem, doświadczeniem życiowym, stosunkiem do świata i własnej osoby. Nawet powody, dla których się tu znalazły, są odmienne. Nic dziwnego, że nie darzą się nawzajem sympatią, a ledwie tolerują. Nietrudno zgadnąć, że w końcu dojdą do porozumienia, ale nie przyjdzie im to łatwo ani bezboleśnie.
Mimo to, książka mnie zaskoczyła i to nie raz: a to nieprzewidzianym zwrotem akcji, a to ujawnieniem nowych informacji, które zmusiły mnie do zmiany wcześniej powziętej opinii o bohaterkach, to znów jakimś zdaniem, które uderzyło mnie trafnością, skłoniło do myślenia albo po prostu mi się spodobało. Tak jak te:
Jaka jest cena za utrzymanie małżeństwa? Jak bardzo trzeba zapomnieć o sobie, żeby z kimś być?
To okropne, mieć już tyle lat, a wciąż nie umieć żyć.
To sfrustrowana Baśka. A to Janina, gdy uświadomiła sobie, że od jej decyzji może zależeć cudze życie:
Nie czuła się jednak na siłach być Bogiem. Może sprawy się same rozwiążą.
Czy Bóg też czasem tak myśli?
Narracja na przemian przedstawia punkt widzenia obu bohaterek. Anna Fryczkowska w swojej debiutanckiej powieści bezceremonialnie traktuje sprawy związane z cielesnością: seksem, chorobą, starością, śmiercią. Opisy są bardzo zmysłowe - chwilami drastyczne, gdy mowa o defektach urody i odstręczających woniach, to znów apetyczne - jak w przypadku frykasów, które wodzą na pokuszenie Baśkę i Janinę.
I choć nie przepadam za tzw. literaturą kobiecą, to "Straszne historie..." mogę z czystym sumieniem polecić wszystkim czytelniczkom, nawet jeśli nie dotyczą ich kłopoty z nadwagą ani problemy małżeńskie. Mężczyznom też ta lektura nie zaszkodzi, a kto wie, czy nie pomoże.

21.03.2008

Monika Szwaja: "Zapiski stanu poważnego"


Powieść w formie dziennika głównej bohaterki - trzydziestoparoletniej dziennikarki szczecińskiej telewizji. Wika dowiaduje się, że jest w ciąży i ma problem - nie wie, z kim, jako że w rachubę wchodzi dwóch panów. Na szczęście, jeden z nich szybciutko zostaje wyeliminowany jako ewentualny przyszły tatuś, za to na horyzoncie pojawia się trzeci mężczyzna, najlepiej rokujący w roli amanta. Od tej chwili wszystko jest już doskonale przewidywalne aż po obowiązkowy happy end.
Pełny tytuł książki Moniki Szwai brzmi: "Zapiski stanu poważnego. Powieść dla kobiet. Oraz płci pozostałych." I już wiadomo, że to lektura lekka, żadnych psychologicznych komplikacji ani poważnych problemów egzystencjalnych czytelnik tu nie uświadczy. Postaci są nakreślone grubą kreską, a fabuła nie odbiega od schematu właściwego romansom. Najciekawsze są fragmenty ukazujące pracę w telewizji od kuchni.
Przyznam się, że książka nawet mnie wciągnęła, ale po jej zakończeniu nie pozostały mi w głowie żadne refleksje. Utwierdziłam się w przekonaniu, że tzw. literatura kobieca to gatunek nie dla mnie.