16.04.2008

William Golding: "Spadkobiercy"

Po komediowej futurystyce coś z przeciwnego bieguna: prehistoria w tonacji poważnej.
Grupa Neandertalczyków, powracająca wiosną z nadmorskich jaskiń na swoje letnie tereny, natyka się na Cromagnończyków, którzy właśnie tędy przeprawiają się w górę rzeki. To spotkanie, a raczej zderzenie przedstawicieli dwóch ras i odmiennych kultur ma tragiczny finał. "Nowi ludzie", stojący na wyższym szczeblu rozwoju, lepiej zorganizowani i wyposażeni, dysponujący łukiem i strzałami, nie wahają się wykorzystać swojej przewagi. Los Neandertalczyków jest przesądzony...
Goldinga znałam dotąd tylko jako autora "Władcy much", którego przeczytałam przed wielu laty. Do lektury "Spadkobierców" zachęciła mnie elfrun (dziękuję, Kasiu!). Nie wiem, na ile wizja pisarza sprzed półwiecza zgadza się z najnowszymi ustaleniami naukowców na temat ludzi pierwotnych, ale książka jest interesująca. Z wyjątkiem ostatniego rozdziału, narracja prowadzona jest z perspektywy Neandertalczyków i sympatia czytelnika jest po ich stronie. Ukazani są jako istoty proste, bliskie naturze, ale niepozbawione duchowości i uczuć wyższych, cechujące się silną więzią rodzinną. To nasi, bardziej ucywilizowani przodkowie, są agresorami i sprawiają wrażenie szaleńców ogarniętych manią niszczenia. Tak jak we "Władcy much" Golding rozważa problem zła w ludzkiej naturze. Co najsmutniejsze, chociaż powieść dotyczy zamierzchłej przeszłości, podobne historie powtarzały się wielokrotnie na przestrzeni dziejów. Nietrudno znaleźć tu odniesienia do współczesności - nadal obowiązuje prawo siły, a zwycięzcy mają rację.

13.04.2008

Douglas Adams: "Restauracja na końcu wszechświata"


Dalszy ciąg przygód bohaterów "Autostopem przez galaktykę": brutalnie pozbawionego domu i ojczystej planety Artura Denta, jego rodaczki Trillian, kosmitów Forda Prefecta i eks-prezydenta Rządu Galaktycznego Zaphoda Beeblebroxa oraz Marvina - robota, który cierpi na depresję i uprzykrza życie sobie i innym. Oto, jak udało mu się (niechcący) unieszkodliwić wroga:
- Strasznie się nudziłem i byłem okropnie załamany, tak więc podszedłem do niego i podłączyłem się do zewnętrznej końcówki komputera. Przedstawiłem mu nieco szerzej swe poglądy na wszechświat.
- I co?
- Popełnił samobójstwo - powiedział Marvin oschle i poczłapał do "Serca ze Złota".
Całe towarzystwo udaje się skradzionym statkiem kosmicznym do restauracji na końcu wszechświata, aby się nieco posilić po dramatycznych przeżyciach.
"Restauracja na końcu wszechświata" jest równie zabawna, jak pierwsza powieść Adamsa. Autor kpi sobie ze wszystkiego i ze wszystkich: biurokratów, żołdaków, prawników, psychiatrów, gwiazd rocka i speców od marketingu. Wyjaśnia, dlaczego największym problemem związanym z podróżowaniem w czasie jest gramatyka. Wysuwa nieortodoksyjną hipotezę odnośnie powstania Ziemi i ludzkiego gatunku. I ponownie stawia wielkie pytanie o życie, wszechświat i całą resztę.

9.04.2008

Douglas Adams: "Autostopem przez galaktykę"


Artur Dent budzi się pewnego ranka i dostrzega przez okno buldożer wraz z ekipą robotników, którzy zabierają się do wyburzania jego domu, bo wedle planów zagospodarowania przestrzennego ma tędy przebiegać autostrada. Na nic się zdają jego protesty - termin odwołania od decyzji minął:
- Plany były wywieszone...
- Wywieszone? By je znaleźć, musiałem zejść do piwnicy!
- Tam jest dział informacji.
- Potrzebowałem latarki.
- No, może światło było zepsute.
- Schody też.
- Znalazł pan jednak ogłoszenie, nie?
- Znalazłem. Tak, znalazłem - stwierdził Artur. - Było wywieszone na dole zamkniętej szafy na akta, stojącej w nieużywnym klozecie, na drzwiach którego napis ostrzegał: UWAGA ZŁY LEOPARD!

Ale najgorsze ma dopiero nadejść: Artur dowiaduje się, że Ziemia zostanie lada moment unicestwiona, aby zrobić miejsce dla hiperprzestrzennej trasy szybkiego ruchu. I znów okazuje się, że plany były do wglądu, ale nikt nie zgłaszał żadnych uwag:
Co to ma znaczyć, że nigdy nie byliście na Rigil Centaurus? Do pioruna, Ziemianie, to tylko cztery lata świetlne stąd, ale jeśli nie obchodzą was własne regionalne interesy, to naprawdę wasza sprawa.

Artura w ostatniej chwili ratuje przyjaciel nazwiskiem Ford Prefect, który ku jego zdumieniu okazuje się być kosmitą. Przybył na Ziemię, aby zebrać materiał do najnowszego wydania przewodnika "Autostopem przez galaktykę" i ugrzązł w tym zapadłym kącie Wszechświata na 15 lat. Ford łapie okazję i obaj wyruszają w podróż kosmiczną statkiem najeźdźców.
"Autostopem przez galaktykę" powstało na motywach słuchowiska radiowego Douglasa Adamsa, które cieszyło się taką popularnością, że wydano je na płytach, powstał serial telewizyjny pod tym samym tytułem, a w 2005 r. - film. Powieść rozrosła się do rozmiarów "trylogii w pięciu częściach" i uchodzi za dzieło kultowe, nie tylko wśród fanów science-fiction. Mnie bardzo przypadły do gustu niesamowite pomysły autora i jego absurdalny humor, nasuwający chwilami skojarzenia z Lemem, Vonnegutem i Monthy Pythonem. Książka bardzo śmieszna, a przy tym inteligentna.

2.04.2008

Jodi Picoult: "Bez mojej zgody"


Od pewnego czasu przymierzałam się do przeczytania którejś z książek Jodi Picoult. Sporo ich ostatnio widuję w księgarniach, a opinie czytelników są w większości pozytywne, niekiedy entuzjastyczne. Tytuł "Bez mojej zgody" raczej mnie zniechęcał niż zachęcał - kojarzył mi się z opowieścią o ofierze gwałtu lub molestowania, a na to nie miałam ochoty. Ale okazało się, że to zupełnie inna historia.
Anna przyszła na świat, aby uratować życie siostrze chorej na rzadką i bardzo złośliwą odmianę białaczki. Kiedy okazało się, że starszy brat Kate nie nadaje się na dawcę, rodzice zdecydowali się na następne dziecko, "zaprogramowane" genetycznie tak, by wykazywało pełną zgodność tkankową z siostrą. Początkowo chodziło tylko o komórki macierzyste z krwi pępowinowej, ale u Kate nastąpiła wznowa i konieczne była dalsza terapia: przeszczep szpiku, kolejne transfuzje krwi. Trzynastoletnia Anna, której nic nie dolega, ma za sobą liczne pobyty w szpitalu i bolesne zabiegi. Tymczasem nerki Kate przestają funkcjonować w wyniku agresywnej terapii i konieczna jest transplantacja. I wówczas Anna się buntuje - postanawia przed sądem walczyć przeciwko rodzicom o usamowolnienie w kwestii zabiegów medycznych. Jej wygrana będzie oznaczać wyrok śmierci dla Kate.
Powieść Picoult przedstawia rodzinę dotkniętą nieszczęściem, która wciąż jeszcze trzyma się razem, ale bliska jest dezintegracji. Całe ich życie podporządkowane jest Kate i uzależnione od nawrotów jej choroby i remisji. Fragmenty książki opisujące kolejne zabiegi, jakim poddawana jest dziewczyna i ich skutki uboczne są przejmujące. Matka jest całkowicie skoncentrowana na starszej córce, zdecydowana za wszelką cenę utrzymać ją przy życiu. Ojciec ma wątpliwości, ucieka w pracę. Syn, który nie może w żaden sposób pomóc siostrze, czuje się bezużyteczny i rozładowuje swoją frustrację w destrukcyjnych zachowaniach. Rodzicom nie starcza sił ani czasu, żeby się nim zająć. Anna, choć silnie związana emocjonalnie z siostrą, pragnie przeżywać własne życie, zamiast być tylko dodatkiem do Kate. Dzięki wieloosobowej narracji poznajemy punkt widzenia wszystkich członków rodziny, ich myśli, uczucia, rozterki.
To mogła być ważna książka, poruszająca istotne kwestie moralne. Niestety, autorka postanowiła ją uatrakcyjnić w typowo amerykański sposób. Widocznie uznała, że temat jest zbyt przygnębiający, a dylematy związane z rozwojem medycyny i genetyki oraz precedensowa sprawa sądowa to za mało, by przyciągnąć czytelników. Toteż zaserwowała tę gorzką pigułkę w słodkiej polewie, dopisując wątek sensacyjny, a także romans w stylu Harlequina między adwokatem Anny i jej kuratorką procesową. Całość zwieńczyła spektakularym zwrotem akcji i zakończeniem równie zaskakującym, co mało prawdopodobnym. Te zabiegi, moim zdaniem, skutecznie obniżyły rangę powieści, spychając "Bez mojej zgody" do poziomu czytadła. Szkoda.

30.03.2008

Arturo Pérez-Reverte: "Szachownica flamandzka"

Młodej konserwatorce dzieł sztuki powierzono zadanie odrestaurowania obrazu flamandzkiego mistrza z XV wieku, przedstawiającego dwóch mężczyzn grających w szachy oraz kobietę. Podczas pracy Julia odkrywa ukryty pod warstwą farby napis po łacinie, który można przetłumaczyć na dwa sposoby: "Kto zabił rycerza" lub "Kto zbił skoczka". Zaintrygowana, informuje o swoim odkryciu kilkoro przyjaciół. Zwraca się też do swego byłego kochanka - historyka sztuki z prośbą o informacje na temat malarza i sportretowanych przez niego osób. Kluczem do zagadki okazuje się układ figur na namalowanej szachownicy. Wciągnięty do współpracy wybitny szachista rekonstruuje ostatnie posunięcia w grze z obrazu i odkrywa tajemnicę zbrodni popełnionej przed wiekami. Ale wówczas zaczynają ginąć osoby z otoczenia Julii powiązane ze sprawą flamandzkiego malowidła. Tajemniczy morderca podejmuje niedokończoną partię sprzed 500 lat i zbija kolejne figury.
Pérez-Reverte po raz kolejny dowodzi swojej pomysłowości i erudycji. "Szachownica flamandzka" to powieść detektywistyczna, w której dochodzenie prowadzone jest na kilku płaszczyznach; to jak rozwiązywanie łamigłówki wymagające dobrej znajomości sztuki, szachów i psychologii. Ale tym razem autor chyba przekombinował. Fabuła jest nazbyt wymyślna i skomplikowana, za to bohaterowie nie dość przekonujący, aby uwiarygodnić tę historię. Zainteresowały mnie dzieje obrazu i postaci na nim przedstawionych, ale jakoś nie potrafiłam się przejąć niebezpieczeństwem grożącym Julii i jej przyjaciołom.

21.03.2008

Monika Szwaja: "Zapiski stanu poważnego"


Powieść w formie dziennika głównej bohaterki - trzydziestoparoletniej dziennikarki szczecińskiej telewizji. Wika dowiaduje się, że jest w ciąży i ma problem - nie wie, z kim, jako że w rachubę wchodzi dwóch panów. Na szczęście, jeden z nich szybciutko zostaje wyeliminowany jako ewentualny przyszły tatuś, za to na horyzoncie pojawia się trzeci mężczyzna, najlepiej rokujący w roli amanta. Od tej chwili wszystko jest już doskonale przewidywalne aż po obowiązkowy happy end.
Pełny tytuł książki Moniki Szwai brzmi: "Zapiski stanu poważnego. Powieść dla kobiet. Oraz płci pozostałych." I już wiadomo, że to lektura lekka, żadnych psychologicznych komplikacji ani poważnych problemów egzystencjalnych czytelnik tu nie uświadczy. Postaci są nakreślone grubą kreską, a fabuła nie odbiega od schematu właściwego romansom. Najciekawsze są fragmenty ukazujące pracę w telewizji od kuchni.
Przyznam się, że książka nawet mnie wciągnęła, ale po jej zakończeniu nie pozostały mi w głowie żadne refleksje. Utwierdziłam się w przekonaniu, że tzw. literatura kobieca to gatunek nie dla mnie.

18.03.2008

Jeff Lindsay: "Dekalog dobrego Dextera"


Słyszałam wiele pozytywnych opinii o serialu telewizyjnym "Dexter" i ciekawa byłam literackiego pierwowzoru. Niestety, w bibliotece nie znalazłam pierwszej powieści -"Demony dobrego Dextera", a jedynie jej kontynuację - "Dekalog dobrego Dextera". Wolałabym czytać po kolei, ale cóż, tak to już jest z osiedlowymi bibliotekami. I tak dobrze, że jakieś nowości do nich czasami trafiają.
Istnieje mnóstwo książek i filmów o seryjnych mordercach i ścigających ich detektywach. Oryginalnym pomysłem Jeffa Lindsaya jest połączenie tych dwóch typów postaci w jednej osobie. Tytułowy bohater, a zarazem narrator, pracuje w policyjnym laboratorium w Miami, badając ślady krwi pozostawione w miejscach zbrodni. W wolnym czasie rozładowuje swoje krwiożercze skłonności tropiąc i eliminując zwyrodniałych morderców. Dexter jest socjopatą, któremu obce są ludzkie uczucia - sam siebie nazywa "potworem w ludzkiej skórze". Przy najlepszej woli trudno go uznać za postać pozytywną, a mimo to wzbudza sympatię. Człowiek łapie się na tym, że mu kibicuje i usprawiedliwia jego postępowanie. Bowiem Dexter potrafi utrzymać swoje instynkty na wodzy i ściśle przestrzega zasad - zabija tylko morderców, których winy nie ulegają wątpliwości.
Niekonwencjonalny bohater, sensacyjna akcja, duża dawka cynizmu i czarnego humoru - to walory tej książki. Jest w niej sporo brutalności i makabry, która byłaby ciężka do zniesienia, gdyby ją potraktowano realistycznie i na serio. Ale w "Dekalogu dobrego Dextera", podobnie jak w filmach Quentina Tarantino, przemoc ujęta jest niejako w cudzysłów, ukazana z ironicznym przymrużeniem oka.

15.03.2008

Georges Simenon: "Sprawa Saint-Fiacre"

W Święto Zmarłych podczas pierwszej mszy w kościele w Saint-Fiacre zostanie popełniona zbrodnia. Anonim tej treści, skierowany do policji w Moulins, trafia w ręce Maigreta. Komisarza uderza nazwa wioski, w której spędził dzieciństwo - jego ojciec był zarządcą majątku hrabiego de Saint-Fiacre. Przybywa po latach w rodzinne strony i bacznie przypatruje się nielicznym uczestnikom porannego nabożeństwa. Nie dostrzega nic podejrzanego, a jednak po skończonej mszy w kościele pozostają zwłoki... Nic nie wskazuje, że popełniono morderstwo. Ale jeśli śmierć nastąpiła z przyczyn naturalnych, bez niczyjego udziału, to jakim cudem ktoś ją przewidział na kilka tygodni wcześniej?
"Sprawa Saint-Fiacre" to solidny kryminał, jak przystało na Simenona. Spośród innych wyróżnia się tym, że choć Maigret prowadzi śledztwo, to nie jemu przypada główna rola w kulminacyjnej scenie zdemaskowania zbrodniarza. A złoczyńca, mimo że dopuścił się odrażającego czynu, nie podlega sankcji prawnej, jedynie osądowi moralnemu. Poza tym w powieści odnajdujemy typowe cechy stylu Simenona, jak choćby zwięzłość. Ten pisarz potrafi w kilku zdaniach scharakteryzować postaci, wydobywając ich najistotniejsze rysy. Nie wdaje się w przydługie "opisy przyrody", a mimo to wiejski pejzaż z zamkiem, kościołem, oberżą stają jak żywe przed oczami.

12.03.2008

James Herriot: "Wszystkie stworzenia"

"Wszystkie stworzenia" to ósmy i niestety, ostatni już tom wspomnień Jamesa Herriota. Jeszcze raz spotykamy tu starych znajomych: braci Siegfrieda i Tristana Farnonów, Granville'a Bennetta, panią Pumphrey i jej pekińczyka Tricki Woo. Pojawiają się też nowe postacie: asystenci Jamesa John Crooks i Calum Buchanan, obaj świetni fachowcy, choć ten drugi to rzadki okaz ekscentryka nawet jak na angielskie warunki. I, oczywiście, wiele rozmaitych zwierząt, a także ludzie i ludziska. Herriot tak jak w poprzednich książkach przeplata epizody śmieszne i smutne, sukcesy i porażki, w jakie obfitowała jego długoletnia praca wiejskiego weterynarza.
Szkoda, że to już koniec cyklu "Wszystkie stworzenia duże i małe". Wydawać by się mogło, że 8 tomów - w sumie około 2000 stron - to aż nadto, a mnie jest żal, że nie będzie dalszego ciągu. Te książki towarzyszyły mi przez ponad rok, przywiązałam się do ich bohaterów, zadomowiłam w Skeldele House, oglądałam Yorkshire oczami Herriota. I podobnie jak tłumacz w posłowiu mogę powiedzieć, że ich autor jest mi bliski, choć go nigdy nie spotkałam. Na pewno kiedyś jeszcze wrócę do wspomnień Herriota, tak jak się powraca do ukochanych lektur z dzieciństwa. Te książki krzepią, sprawiają, że cieplej się robi na sercu.

5.03.2008

Neil Gaiman: "Gwiezdny pył"


Po przeczytaniu "Amerykańskich bogów" poszłam za ciosem i od razu pożyczyłam następną książkę Gaimana. Tym razem z grubsza wiedziałam, czego się spodziewać - wcześniej obejrzałam "Gwiezdny pył" w kinie. Ale jak to zwykle bywa, filmowa adaptacja, chociaż udana, różni się od literackiego pierwowzoru: pewne wątki zostały pominięte, inne rozbudowane lub zmienione, również zakończenie. Niektóre szczegóły zdążyły mi już wylecieć z pamięci i przypomniałam je sobie dopiero podczas lektury.
Bohater powieści, osiemnastoletni Tristran Thorn kocha się w Victorii, najpiękniejszej dziewczynie w wiosce, a być może i w całym imperium brytyjskim. Aby przekonać wybrankę o sile swoich uczuć i zyskać jej przychylność obiecuje jej, ni mniej, ni więcej tylko... gwiazdkę z nieba. Pewnej nocy oboje dostrzegają spadającą gwiazdę i Tristran przyrzeka ukochanej, że ją dla niej zdobędzie. W tym celu musi udać się na drugą stronę muru, który oddziela wiktoriańską Anglię od krainy czarów. Przejścia pilnują strażnicy i tylko raz na 9 lat oba światy spotykają się na wielkim jarmarku. Na dodatek chłopak nie jest jedyną osobą, która pragnie odnaleźć gwiazdę. Poszukuje jej także, dla własnych celów, królowa czarownic.
To całkiem inna powieść niż "Amerykańscy bogowie", bliższa tradycyjnej fantasy. Jej tonacja jest lżejsza, bardziej pogodna, a wykreowany świat nie tonie w szarości, tylko mieni się kolorami. Co wcale nie znaczy, że jest sielankowy. "Gwiezdny pył" to rodzaj baśni, a w tym gatunku nie brak okrucieństwa i szwarccharakterów. Oprócz złych czarownic tę rolę odgrywają synowie Władcy Cytadeli Burz bezpardonowo walczący o sukcesję. Gaiman pomysłowo i dowcipnie przerabia znane skądinąd motywy i w efekcie tworzy interesującą powieść.