Perełka, którą wygrzebałam w stosie starych kryminałów, takich
kieszonkowych, z serii z jamnikiem lub kluczykiem. Tytuł mnie
zafrapował, a i początek zapowiadał niezłą rozrywkę.
Rzecz się
dzieje za czasów Stanisława Augusta na Mazowszu, gdzieś między Warszawą a
Płockiem. Młody kadet Szkoły Rycerskiej zajeżdża do dworu swego stryja i
opiekuna niczym Tadeusz do Soplicowa. Nie zastaje gospodarza, a
domownicy i służba witają go straszną nowiną: "Panią naszą upiory udusiły"
i wywlekły przez komin. Panicz, kształcony w duchu Oświecenia
racjonalista, nie daje wiary ludowym zabobonom i zarządza poszukiwania
stryjenki, a następnie stara się dociec, kto pozbawił ją życia.
Tymczasem dochodzi do kolejnego morderstwa, a on sam staje się celem
ataków tajemniczego zbrodniarza.
Jerzy Siewierski
napisał tę powieść w formie relacji głównego bohatera. Jest to rzekomo
publikacja rękopisu odnalezionego przypadkiem po 200 latach, który,
niestety, nie zachował się w całości, stąd luki w narracji. Stylizacja
językowa nie utrudnia odbioru książki, a wraz z przytoczonymi
przyśpiewkami dodaje jej charakteru, przede wszystkim komizmu. Bardzo
przyjemnie mi się czytało, czego nie mogę powiedzieć o większości
współczesnych polskich kryminałów.
18.09.2012
18.05.2012
Taylor Stevens - "Informacjonistka"
Literacki debiut Taylor Stevens stał się bestsellerem i autorka pisze już trzecią książką o przygodach Vanessy Michael Munroe. Jak na mój gust jej bohaterka jest nazbyt genialna i niezniszczalna, wychodzi cało z najgorszych opresji - w stylu "zabili go i uciekł". Bardzo też (powiedziałabym, że za bardzo) przypomina Salander z "Millenium" Larssona. No, i ten tytuł mi zgrzyta... Ale, ogólnie rzecz biorąc, "Informacjonistka" to niezły thriller, z wartką akcją, w którym oprócz sensacji i przygody znajdzie się garść informacji o kilku krajach afrykańskich..
29.10.2011
Andrzej Ziemiański - "Miecz orientu"
Tytuł mnie zmylił - nie tego się spodziewałam. Oczekiwałam fantasy w egzotycznej, blisko- lub dalekowschodniej scenerii, a tu nic z tych rzeczy. Akcja rozgrywa się pod koniec drugiej wojny światowej i/albo tuż po jej zakończeniu. Marek Brener ucieka z obozu jenieckiego, kryje się w litewskich lasach, po czym trafia do kolejnego obozu. Tylko że ten jest jakiś dziwny - przypomina raczej dom wariatów niż łagier. Bohater próbuje się rozeznać w sytuacji, zasięgnąć języka u współwięźniów, ale ciężko mu się z nimi dogadać. Są milkliwi, na pytania odpowiadają wymijająco bądź obsesyjnie drążą swoje ulubione tematy.
Po przeczytaniu kilkudziesięciu stron miałam już jasność, o co w tym chodzi (w przeciwieństwie do zdezorientowanego Brenera, którego wysiłki przy dochodzeniu do prawdy wypełniają niemal całą powieść) i odechciało mi się dalej czytać. Znużyły mnie nocne eskapady bohatera i dziwaczne postacie w surrealistycznej scenerii prowadzące dialogi na cztery nogi. Resztę przekartkowałam, żeby się upewnić, że moje wnioski były słuszne. I zobaczyć, jak Andrzej Ziemiański zakończył tę rozwleczoną na ponad 300 stron metaforę Polski i Polaków. "Miecz orientu" mogę polecić tylko bardzo wytrwałym czytelnikom, którym jeszcze się ta tematyka nie przejadła.
Po przeczytaniu kilkudziesięciu stron miałam już jasność, o co w tym chodzi (w przeciwieństwie do zdezorientowanego Brenera, którego wysiłki przy dochodzeniu do prawdy wypełniają niemal całą powieść) i odechciało mi się dalej czytać. Znużyły mnie nocne eskapady bohatera i dziwaczne postacie w surrealistycznej scenerii prowadzące dialogi na cztery nogi. Resztę przekartkowałam, żeby się upewnić, że moje wnioski były słuszne. I zobaczyć, jak Andrzej Ziemiański zakończył tę rozwleczoną na ponad 300 stron metaforę Polski i Polaków. "Miecz orientu" mogę polecić tylko bardzo wytrwałym czytelnikom, którym jeszcze się ta tematyka nie przejadła.
6.10.2011
Enrique Moriel - "Miasto poza czasem"
Na okładce napisano, że Enrique Moriel w niezwykły sposób opowiada historię Barcelony od średniowiecza po współczesność (albo jakoś podobnie) i to mnie skusiło. Rzeczywiście, autor dużo miejsca poświęca dziejom miasta. Pisze o tym, jak rozrastało się poza mury obronne i nawarstwiało, gdy nowe budowle wznoszono na fundamentach starych domów i wyburzano całe kwartały, by zrobić miejsce dla dzielnicy Eixample, a później obiektów olimpijskich. Opisuje oblężenie i ostrzał artyleryjski podczas wojen napoleońskich, strajki i walki uliczne w czasie drugiej republiki i wojny domowej.
Fragmenty odnoszące się do wydarzeń historycznych okazały się najciekawsze i uważam je za największy - wręcz jedyny - walor "Miasta poza czasem" . Bo fabuła, która się kupy nie trzyma, nie jest nim na pewno. Składają się na nią dwa wątki. W pierwszym pewien adwokat próbuje wyjaśnić zagadkową śmierć swojego klienta - milionera, w czym pomaga mu asystentka - piękna, wykształcona, w dodatku wysportowana (ale te jej zalety nie znajdują zastosowania w toku akcji). W drugim tajemniczy osobnik snuje opowieść o swoim życiu, od narodzin w średniowiecznym burdelu po dzień dzisiejszy - albowiem nie jest to zwykły śmiertelnik, tylko wampir czy też inny diabelski pomiot. Oba wątki początkowo biegną równolegle, potem się splatają, ale nic sensownego z tego nie wynika. Zakończenie też trudno uznać za satysfakcjonujące. Są tu jeszcze rozważania o walce Dobra ze Złem i Boga z Szatanem (zdaniem narratora wygranej przez tego drugiego).
W sumie: chała.
Etykiety:
Barcelona,
Enrique Moriel,
Miasto poza czasem,
thriller
28.09.2011
Paullina Simons - "Droga do raju"
Od samego początku podróż nie przebiega tak, jak sobie Shelby zaplanowała, a to z winy koleżanki i jej rodziny. Ale prawdziwe kłopoty zaczną się z chwilą zabrania autostopowiczki - dziwnej dziewczyny, którą ściga jakiś typ spod ciemnej gwiazdy.
Wahałam się przed pożyczeniem tej książki, jako że problemy amerykańskich nastolatków niespecjalnie mnie interesują. I rzeczywiście, wiele razy się zżymałam na beztroską głupotę tych panienek. Mimo to "Droga do raju" mnie wciągnęła i udzielił mi się jej niepokojący nastrój. I choć Paullina Simons trochę przesadziła z dramaturgią wydarzeń, to udało jej się stworzyć postacie różniące się charakterami i opisać zmienne relacje między nimi. A także pokazać kawałek amerykańskiej prowincji: przydrożne bary i motele, samotne farmy, osiedla przyczep samochodowych, kasyna gry i wielkie, bezludne przestrzenie.
21.09.2011
Michael Robotham - "Podejrzany"
Policja odnajduje zwłoki młodej kobiety i zwraca się do niego o pomoc w identyfikacji ofiary i ustaleniu profilu psychologicznego sprawcy. Joe rozpoznaje w dziewczynie dawną znajomą, która przed laty przysporzyła mu kłopotów. Przypuszcza, że jego niezrównoważony pacjent może mieć coś wspólnego z tą zbrodnią. Tymczasem sam staje się głównym podejrzanym.
"Podejrzany" to pierwsza powieść Australijczyka Michaela Robothama, oryginalna i zaskakująca. Dobrze skonstruowana. W miarę rozwoju fabuły na pozór nieistotne szczegóły nabierają znaczenia, a akcja przyspiesza. W pewnym momencie zaczęłam się zastanawiać, co tu jest grane. I kto z kim pogrywa: pacjent z terapeutą czy psycholog z policjantem? A może autor z czytelnikiem?
Jeden z lepszych thrillerów, jakie ostatnio przeczytałam.
Etykiety:
"Podejrzany",
Michael Robotham,
powieść kryminalna,
thriller
13.09.2011
Marcia Willett - "Letni domek"
Po śmierci matki, przeglądając jej rzeczy, Matt natrafia na plik fotografii w szkatułce z pamiątkami. Rozpoznaje na nich siebie z dzieciństwa, ale nie przypomina sobie szczegółów, jak choćby ubrań, w których go sfotografowano. I, co zastanawiające, na żadnym zdjęciu nie ma Imogen.
Tytułowy "Letni domek" należy do przyjaciela rodziny, emerytowanego oficera. Rodzeństwo spędzało tam wakacje i z nim wiążą się ich najmilsze wspomnienia. I tam właśnie Matt odkryje tajemnicę, którą skrywała przed nimi matka, co pomoże mu lepiej zrozumieć ją i samego siebie.
W notce od wydawcy czytam, że Marcia Willett to brytyjska pisarka, w Polsce do tej pory nie publikowana, choć jej książki cieszą się popularnością na całym świecie. Osobiście nie przepadam za literaturą kobiecą i "Letni domek" mnie nie zachwycił. Ale jeśli lubicie czytać o rozmaitych związkach uczuciowych - miłości, przyjaźni, pokrewieństwa - i odkrywanych po latach rodzinnych sekretach- to coś dla Was.
Etykiety:
"Letni domek",
literatura kobieca,
Marcia Willett,
powieść
11.06.2011
Marcin Wroński - "A na imię jej będzie Aniela"
Trzeci tom z cyklu kryminałów retro Marcina Wrońskiego, których akcja toczy się w Lublinie - rodzinnym mieście autora. Główny bohater - komisarz Zygmunt Maciejewski - jest wteranem wojny z bolszewikami, wdowcem, byłym bokserem. Mieszka w dość nędznych warunkach na peryferiach miasta i nie wylewa za kołnierz. Po raz pierwszy spotykamy go w 1930 roku, kiedy prowadzi śledztwo w aprawie dwóch zabójstw: redaktora naczelnego opozycyjnej, endeckiej gazety oraz cenzora ("Morderstwo pod cenzurą").
Wydarzenia opisane w "Kinie Wenus" mają miejsce rok później. Maciejewski właśnie wbrew swym chęciom awansował na kierownika komisariatu w dzielnicy zamieszkanej głównie przez żydowską biedotę. Zwierzchność oczekuje, że bęzie pilnował porządku i miał oko na komunistycznych wichrzycieli. On tymczasem wpada na trop szajki handlarzy żywym towarem, którzy zmuszają do prostytucji ubogie dziewczęta, zwabione obietnicą pracy lub małżeńśtwa.
Akcja powieści "A na imię jej będzie Aniela" rozpoczyna się we wrześniu 1938 od zamordowania na tle seksualnym młodej służącej. Dochodzenie nie prowadzi, niestety, do wykrycia sprawcy. Dokładnie rok później, gdy na Lublin spadają niemieckie bomby, a władze pośpiesznie się ewakuują, Maciejewski znajduje kolejną ofiarę tego samego zbrodniarza. Schwytanie mordercy staje się jego obsesją. Aby kontynuować śledztwo wstępuje do niemieckiej policji kryminalnej. Jednocześnie nawiążuje współpracę z wywiadem AK. Z obu tych powodów po wojnie dosięgną go represje ze strony NKWD.
W tle tej kryminalnej historii mamy okupacyjną codzienność miasta - z gettem i pobliskim obozem na Majdanku. Jedni cierpią i umierają, inni nabijają sobie kabzę albo dają upust sadystycznym skłonnościom w poczuciu bezkarności.
Książki o komisarzu Maciejewskim natychmiast nasuwają porównania z cyklem o Breslau. Podobieńśtwo jest szczególnie widoczne w tej właśnie powieści, choćby w sposobie prowadzenia narracji z przeskokami w czasie od wydarzeń późniejszych do wcześniejszych. Ale nie tylko o to chodzi. Dotychczas Wroński stał mocno na ziemi, bez wycieczek w rejony metafizyczno-ezoteryczne, tak charakterystyczne dla Krajewskiego. Pobudki działania przestępców były czysto pragmatyczne. Tutaj mamy do czynienia z seryjnym mordercą, a ci, jak wiadomo, w wyborze ofiar i modus operandi kierują się sobie tylko znanymi, chorymi motywami. Pojawia się też postać jasnowidzącej Żydówki. No, i makabry jest znacznie więcej.
Moim zdaniem Wroński pisze nie gorzej od wrocławianina, wydaje mi się nawet, że ma lżejsze pióro. Chociaż wolałam jego dwie poprzednie książki, to i ta podobała mi się bardziej od ostatnich lwowskich powieści Krajewskiego.
Akcja powieści "A na imię jej będzie Aniela" rozpoczyna się we wrześniu 1938 od zamordowania na tle seksualnym młodej służącej. Dochodzenie nie prowadzi, niestety, do wykrycia sprawcy. Dokładnie rok później, gdy na Lublin spadają niemieckie bomby, a władze pośpiesznie się ewakuują, Maciejewski znajduje kolejną ofiarę tego samego zbrodniarza. Schwytanie mordercy staje się jego obsesją. Aby kontynuować śledztwo wstępuje do niemieckiej policji kryminalnej. Jednocześnie nawiążuje współpracę z wywiadem AK. Z obu tych powodów po wojnie dosięgną go represje ze strony NKWD.
W tle tej kryminalnej historii mamy okupacyjną codzienność miasta - z gettem i pobliskim obozem na Majdanku. Jedni cierpią i umierają, inni nabijają sobie kabzę albo dają upust sadystycznym skłonnościom w poczuciu bezkarności.
Książki o komisarzu Maciejewskim natychmiast nasuwają porównania z cyklem o Breslau. Podobieńśtwo jest szczególnie widoczne w tej właśnie powieści, choćby w sposobie prowadzenia narracji z przeskokami w czasie od wydarzeń późniejszych do wcześniejszych. Ale nie tylko o to chodzi. Dotychczas Wroński stał mocno na ziemi, bez wycieczek w rejony metafizyczno-ezoteryczne, tak charakterystyczne dla Krajewskiego. Pobudki działania przestępców były czysto pragmatyczne. Tutaj mamy do czynienia z seryjnym mordercą, a ci, jak wiadomo, w wyborze ofiar i modus operandi kierują się sobie tylko znanymi, chorymi motywami. Pojawia się też postać jasnowidzącej Żydówki. No, i makabry jest znacznie więcej.
Moim zdaniem Wroński pisze nie gorzej od wrocławianina, wydaje mi się nawet, że ma lżejsze pióro. Chociaż wolałam jego dwie poprzednie książki, to i ta podobała mi się bardziej od ostatnich lwowskich powieści Krajewskiego.
26.05.2011
„Poetyckie kryminały”
„Poetyckie kryminały” - tak zatytułowano spotkanie autorskie, na które wybrałam się do osiedlowej biblioteki. Tematem były związki między poezja i powieścią kryminalną. Pisarz Marcin Wroński opowiadał o poetach, którzy wzięli się za pisanie kryminałów i wierszach, w których pojawia się motyw zbrodni. Oczywiście, najwięcej czasu poświęcił wątkom poetyckim w swoim cyklu o komisarzu Maciejewskim. Tu się przyznam, że od razu rozpoznałam Józefa Czechowicza w redaktorze Trąbiczu, ale nie miałam pojęcia, że pierwowzorem postaci komunisty Zarzyckiego był mniej znany poeta Józef Łobodowski.
Etykiety:
komisarz Maciejewski,
Marcin Wroński,
spotkanie autorskie
18.04.2011
Faye Kellerman - "Uliczne marzenia"
Początkująca policjantka Cindy Decker podczas patrolu znajduje noworodka w pojemniku na śmieci. Na szczęście dziecko żyje i trafia do szpitala, ona zaś robi wszystko, by odszukać jego matkę i wyjaśnić, dlaczego je porzuciła. Śledztwo idzie jak po sznurku: żadnych mylnych tropów i ślepych zaułków, same szczęśliwe zbiegi okoliczności, dzięki którym funkcjonariuszka najpierw znajduje dziewczynę, a następnie bandziorów, którzy ją skrzywdzili. Pomaga jej ojciec - policyjny wyga, mamy więc dialogi, w których tak lubują się Amerykanie, a które mnie przyprawiają o ból brzucha: - Kocham cię, tatku. - I ja cię kocham, księżniczko.
Przy okazji ratowania niemowlaka Cindy nawiązuje znajomość z pielęgniarzem, który szczęśliwym trafem też jest Żydem, chociaż czarnoskórym, bo pochodzi z Etiopii. Jest więc i wątek miłosny, mnóstwo migdalenia i prawienia sobie duserów. "Mój mężczyzna" - tak policjantka wypowiada się o ukochanym, bo narracja prowadzona jest na przemian w pierwszej i trzeciej osobie.
Kolejny wątek to prywatne dochodzenie macochy bohaterki, która po latach chce się dowiedzieć, kto zamordował jej babkę w Niemczech w latach 30'. Nie wiedzieć po co doczepiony, chyba dla dodania książce objętości.
Mogę zrozumieć, że Faye Kellerman zapragnęła pójść w ślady męża, ale nie pojmuję dlaczego ktoś zdecydował się jej pisaninę wydać i przetłumaczyć na polski. I jak recenzent może pisać o "perfekcyjnie zbudowanej fabule", skoro nie trzeba znawcy, żeby stwierdzić, że "Uliczne marzenia" to bardzo kiepski kryminał.
Etykiety:
"Uliczne marzenia",
Faye Kellerman,
powieść kryminalna
Subskrybuj:
Posty (Atom)
