7.07.2008

Emily Brontë: "Wichrowe Wzgórza"


Ostatnio tak mi się porobiło, że przeczytanych książek wciąż przybywa, ale nie przekłada się to na liczbę postów na blogu. Trochę brakuje mi czasu z racji innych zajęć, ale przede wszystkim chęci i, że się tak wyrażę, weny. Po prostu nie potrafię ubrać w słowa moich wrażeń z lektury, zwłaszcza, gdy chodzi o dzieło tak wieloznaczne jak "Wichrowe Wzgórza". Kiedy przed laty pierwszy raz czytałam tę powieść wiele treści umknęło mej uwadze, a teraz, po powtórnej lekturze też nie czuję się dużo mądrzejsza.
Na pozór jest to prosta historia o miłości i nienawiści popychającej do okrutnej zemsty. Miłości silniejszej od śmierci i nienawiści tak potężnej, że każe się mścić na dzieciach za krzywdy doznane od ich rodziców. Ale tę książkę można interpretować na rozmaite sposoby, odnajdywać w niej treści psychologiczne, społeczne, moralne, metafizyczne. I mimo to nie rozszyfrować jej do końca. Mam wrażenie, że w "Wichrowych Wzgórzach" istnieje jakaś warstwa, która podobnie jak w przypadku baśni i mitów, odwołuje się do podświadomości: raczej się ją wyczuwa niż rozumie. Te ukryte znaczenia trudno jest zanalizować i wyartykułować. Ja w każdym razie nie czuję się na siłach.
Jedyna powieść Emily Brontë zdumiewa siłą wyrazu, niezwykłością wizji łączącej realizm z romantyzmem i mistycyzmem, dojrzałością literacką. Stała się inspiracją dla wielu artystów do stworzenia dzieł z różnych dziedzin sztuki. "Wichrowe Wzgórza" wielokrotnie filmowano, ale żadna ekranizacja nie oddaje w pełni bogactwa tej prozy, niuansów psychologicznych i niesamowitego nastroju. To po prostu trzeba przeczytać.

26.06.2008

Robert McLiam Wilson: "Zaułek łgarza"


Bohater, a zarazem narrator debiutanckiej powieści Roberta McLiama Wilsona (chyba w pewnej mierze autobiograficznej) tak mówi o sobie:
Mam dwadzieścia jeden lat, nazywam się Ripley Bogle, a zajmuję się głodowaniem, marznięciem i histerycznym łkaniem.
Mam w sobie krew irlandzką i walijską. Wybaczcie mą być może brutalną szczerość, kiedy powiem, że w tym momencie mam przesrane. Nigdy nie mogłem się zdecydować, kogo nienawidzę bardziej: Irlandczyków czy Walijczyków (choć Walijczycy zwykle wygrywają o pół łba).
A dalej dodaje:
Dla mnie historia jakby się zatrzymała. Na moje własne życzenie. Wysiadłem z jej wózka i wymościłem sobie leże porażką i upadkiem. Skapitulowałem przed światem, wymknąłem mu się tak cicho i dyskretnie, jak tylko zdołałem. Teraz jestem tu i cieszę się z tego. Od roku nie zagrzałem miejsca pod żadnym dachem. Straszne, co? Moje mięśnie i ścięgna rozpadają się z przemęczenia. Wychłodzone ciało przybiera szary odcień. Jestem czymś więcej niż tylko bezdomnym. Jestem klaustrofobikiem, pustelnikiem, prorokiem, straceńcem, zerem! Jestem symbolem epoki.
I bardzo dobrze czuję się w tej roli.
Kiedyś mogłem nazwać się kimś. Byłem wychwalanym, pieszczonym, fetowanym mądralą. Teraz jestem nikim, nikt mnie nie zna i już ledwie istnieję. Popadłem w cielesność, rozmywam się wśród rzeczywistości. Jestem przedwczorajszy.

Przez cztery dni towarzyszymy wędrówkom Ripleya po Londynie, oglądamy miasto oczami kloszarda i poznajemy historię jego życia. Dowiadujemy się, jak wyglądało dorastanie w ogarniętym przemocą Belfaście chłopaka z ubogiej, katolickiej rodziny, jak na przekór okolicznościom dostał się na prestiżowe studia w Cambridge, dlaczego zmarnował swoją szansę i ostatecznie wylądował na ulicy.
"Zaułek łgarza" nie od razu wzbudził mój zachwyt - tematyka powieści niezbyt mnie pociągała. Ale z każdą kolejną stroną rósł mój podziw dla talentu autora: jak on potrafi opowiadać! Ile refleksji, odczuć i emocji zawarł w tej książce! Styl i język, jakim się posługuje, jest bardzo urozmaicony, od wzniosłego, niekiedy kwiecistego po potoczny, a nawet dosadny. Tragizm i groza nieustannie się przeplatają z komedią, sarkazm z liryką i sentymentalizmem, sceny realistyczne z tchnącymi absurdem. Wilson pokazuje, że można tworzyć wartościową literaturę, nowoczesną w formie, a przy tym przystępną i atrakcyjną dla czytelnika. Nie mogę się oprzeć pokusie zamieszczenia jeszcze jednego cytatu:
Tatuś był ucieleśnieniem szacowności. Nie pamiętam dokładnie, jakie zajmował stanowisko - króla Anglii, Boga wszechmogącego lub kogoś w tym rodzaju - dość, że był zabójczo wielkopański.
A na koniec Wilson zupełnie mnie zaskoczył. Chociaż mając na uwadze polski tytuł powieści nastawiona byłam na jakąś niespdziankę, takiego zwrotu akcji nie przewidziałam.
Świetna powieść, jedna z najlepszych, jakie zdarzyło mi się czytać. Gorąco polecam, ale ostrzegam, że "Zaułek łgarza" zawiera dużą dawkę okrucieństwa i dla osób bardzo wrażliwych może się okazać zbyt drastyczny.

19.06.2008

Douglas Adams: "Życie, wszechświat i cała reszta"


"Życie, wszechświat i cała reszta" to kontynuacja humorystycznego cyklu S-F Douglasa Adamsa. Niestety, książka jest słabsza od dwóch poprzednich - chaotyczna fabuła sprawia wrażenie zlepionej do kupy z dość przypadkowo dobranych epizodów. Absurdalność niektórych pomysłów jest tak daleko posunięta, że każe się zastanawiać, jakie substancje zażywał autor podczas pisania tej powieści. Nie wiem, czy to chwilowy spadek formy, czy też ta formuła już się wyczerpała - przeczytam kolejną część, żeby się przekonać.
Tak czy owak, spodobał mi się wątek o mieszkańcach planety Krikkit, którzy nagle dowiedzieli się, że oprócz ich świata jest coś jeszcze. Nie umieli sobie poradzić z ideą istnienia wszechświata zupełnie nie przystającą do ich koncepcji, więc postanowili go zniszczyć. Przy tej okazji Adams formułuje trafną acz pesymistyczną opinię na temat szans powodzenia w walce z fanatykami:
"Nie jesteśmy niczym fanatycznie opętani, rozumiecie! [...] I to rozstrzyga o wszystkim, nie możemy wygrać z fanatyzmem. Im zależy, nam nie. Muszą zwyciężyć."
Oby nie okazał się porokiem!

11.06.2008

Sue Townsend: "Adrian Mole i broń masowego rażenia"


Moja znajomość z Adrianem Molem zaczęła się dawno temu od arcyzabawnego serialu brytyjskiego emitowanego w TVP. Nieco później przeczytałam "Sekretny dziennik Adriana Mole'a lat 13 i 3/4" i kolejne książki Sue Townsend: "Bolesne dojrzewanie Adriana Mole'a", "Szczere wyznania Adriana Alberta Mole'a, Margaret Hildy Roberts i Susan Lilian Townsend" oraz "Adrian Mole. Czas Cappuccino". Gdzieś mi umknął "Adrian Mole. Na manowcach" (zdaje się, że polscy wydawcy coś pokręcili z kolejnością tomów i ich tytułami) i po latach dotarłam do części VI pt. "Adrian Mole i broń masowego rażenia".
Choć bohater przekroczył już trzydziestkę i dorobił się dwójki dzieci, wciąż jeszcze nie dojrzał. Jest tym samym nieudacznikiem oderwanym od rzeczywistości, który wszelkie niepowodzenia życiowe przyjmuje z iście angielską flegmą. Nic nie jest w stanie zburzyć jego wysokiego mniemania o sobie. Nadal roi o karierze literackiej i wbrew oczywistości uważa się za intelektualistę wyrastającego ponad otoczenie. A życie nie szczędzi mu problemów. Adrian przeprowadza się do mieszkania, na które go nie stać i wyposaża je na kredyt w bajeranckie meble i luksusowe gadżety. W efekcie zadłuża się na kwotę astronomiczną w stosunku do swoich mizernych zarobków. Pochopnie zawiera bliższą znajomość z pewną koszmarną panienką, po czym nie potrafi się od niej uwolnić. Dziewczyna i jej równie okropni rodzice robią wszystko, aby go zaciągnąć na ślubny kobierzec, a Mole coraz bardziej wikła się w zastawioną przez nich pułapkę. Z kolei rodzicom Adriana na stare lata zachciało się zmian, co przywiodło ich na pewien czas do koczowania w szczerym polu. A tymczasem Tony Blair oświadcza, że Saddam Husajn posiada broń masowego rażenia i Wielka Brytania przystępuje do wojny z Irakiem. Adrian Mole święcie wierzy deklaracjom premiera, ale lęka się o syna, który odbywa służbę wojskową.
Sue Townsend uprawia satyrę społeczno-polityczną. W swoim cyklu książek w krzywym zwierciadle ukazuje dysfunkcjonalną rodzinę, angielskie społeczeństwo z jego podziałami klasowymi, polityków - od pani Thatcher po New Labour Party. Szczególnie w ostatnim tomie widać oddziaływanie wielkiej polityki na życie zwykłych ludzi. "Adrian Mole i broń masowego rażenia" jest książką śmieszną, ale niewesołą, momentami gorzką.

4.06.2008

Mario Vargas Llosa: "Zielony dom"


To pierwsza książka Vargasa Llosy, po którą sięgnęłam przed wielu laty i poniechałam po kilkunastu stronach. Dopiero teraz, mając za sobą lekturę innych jego powieści, zdecydowałam się na następne podejście. I znów napotkałam opór. Kusiło mnie, żeby ją odłożyć, ale tym razem dobrnęłam do końca.
Tytułowy "Zielony dom" to przybytek uciech - zarazem burdel, knajpa i tancbuda - położony na peryferiach Piury. Akcja powieści rozgrywa się w tym pustynnym mieście, a także w osadzie Santa María de Nieva i lasach deszczowych Amazonii. Tematem wiodącym są relacje między "cywilizowanymi" Peruwiańczykami i rdzennymi mieszkańcami puszczy. Ci pierwsi to przedstawiciele władzy, a także zakonnice, które z pomocą żołnierzy porywają indiańskie dziewczynki, aby wychować je na chrześcijanki oraz handlarze kauczukiem wykorzystujący "dzikusów" i podsycający wrogość między plemionami dla swoich interesów. Pisarza bardziej interesuje zbiorowość niż jednostki: przez powieść przewija się tłum postaci, ale są one nie tyle indywidualnościami, co reprezentantami pewnych środowisk i grup społecznych. W narracji przemieszane są epizody rozgrywające się w różnych miejscach i czasach, w relację wplecione są dialogi prowadzone przez rozmaite osoby; te same wydarzenia ukazane są z innych punktów widzenia. Sprawia to wrażenie, że wszystko dzieje się jednocześnie i przedstawione jest obiektywnie, ale ciężko się chwilami połapać, co, gdzie, kiedy i komu się przytrafiło. O ile w "Rozmowie w "Katedrze"" podobna technika znajdowała uzasadnienie w fabule, to tutaj wydaje mi się sztuką dla sztuki. Zastanawiałam się, czy ta historia (a raczej szereg historii) wiele by straciła, gdyby autor napisał ją w bardziej tradycyjny sposób, łatwiejszy do przyswojenia przez czytelnika. Nie mogę się oprzeć wrażeniu, że mam do czynienia z przerostem formy nad treścią.
Twórczość Vargasa Llosy budzi we mnie mieszane uczucia: za "Rozmowę w "Katedrze"" dałabym mu Nobla; podobało mi się jeszcze kilka jego powieści i opowiadań, ale przez "Wojnę końca świata" z trudem przebrnęłam, a "Zeszyty don Rigoberta" mnie zirytowały i rozczarowały. "Zielony dom" w końcu zmęczyłam, ale i on mnie zmęczył.

22.05.2008

Jonathan Kellerman: "Nad krawędzią"


W środku nocy doktora Alexa Delaware, psychologa dziecięcego, wyrywa ze snu telefon od byłego pacjenta. Jamey Cadmus, którym zajmował się przed 5 laty, był cudownym dzieckiem z problemami, geniuszem wyobcowanym z otoczenia. Teraz dzwoni ze szpitala psychiatrycznego w stanie ostrej psychozy i błaga o pomoc. Alex niezwłocznie odpowiada na wezwanie, ale kiedy dociera na miejsce, okazuje się, że chłopak uciekł z kliniki. Następnego dnia zostaje odnaleziony z nożem w ręku na miejscu zbrodni i oskarżony o serię brutalnych morderstw. Adwokat Jamey'a chce wykazać niepoczytalność swojego klienta i prosi psychologa o opinię. Delaware zgadza się na współpracę, bo choć dowody świadczą przeciwko Cadmusowi, sprawa budzi jego wątpliwości. Czy aby napewno zabójstwa są dziełem szaleńca? A może zostały zaplanowane i dokonane z zimną krwią przez psychopatę?
Jonathan Kellerman jest autorem bardzo poczytnych thrillerów psychologicznych, dobrze skonstruowanych, z wartką akcją i często zaskakującym zakończeniem. Na tle współczesnej amerykańskiej literatury sensacyjnej, która sprawia wrażenie produkowanej masowo spod sztancy, jego powieści wyróżniają się na korzyść, są bardziej przemyślane i dopracowane. Kellerman sprawnie posługuje się językiem, pisze żywe dialogi, a w opisach stosuje interesujące porównania i metafory. Jako psycholog z wykształcenia potrafi tworzyć wiarygodne postacie, nie nadużywa przy tym specjalistycznego żargonu, a wyjaśniając motywy zbrodni unika łopatologii i psychoanalizy dla ubogich, jaką często nam serwują w hollywoodzkich filmach. Przeczytałam kilka jego powieści o Alexie Delaware i "Nad krawędzią" najbardziej mi się spodobało.

13.05.2008

Robert Louis Stevenson: "Wyspa skarbów"


I znów powieść przygodowa - chyba ostatnio nasiliły się u mnie tendencje eskapistyczne.
Z twórczości Roberta Louisa Stevensona jak dotąd czytałam tylko nowelę "Doktor Jekyll i pan Hyde". "Wyspę skarbów" znałam tylko z ekranizacji i tak by pewnie zostało, gdyby książka nie pojawiła się w nader przystępnej cenie w... hipermarkecie.
Akcja powieści toczy się w XVIII wieku i koncentruje wokół poszukiwań złota zrabowanego przez piratów i zakopanego na bezludnej wyspie. Głównym bohaterem i narratorem powieści jest Jim Hawkins, syn właściciela nadmorskiej gospody, w którego ręce trafia mapa z zaznaczonym miejscem ukrycia skarbu legendarnego kapitana Flinta. Miejscowy dziedzic, któremu chłopak pokazał swoje znalezisko, organizuje wyprawę: kupuje i wyposaża szkuner, werbuje załogę. Nie podejrzewa, że na statek zaciągnęli się byli kompani sławnego korsarza, zwabieni nadzieją odzykania łupów. Nieuchronnie musi dojść do walki z piratami na śmierć i życie.
"Wyspa skarbów" to klasyka powieści przygodowej, która ukształtowała popularne wyobrażenia o piratach, często odtąd przedstawianych na wzór Długiego Johna Silvera - bez nogi, z gadającą papugą na ramieniu. Ten czarny charakter jest niewątpliwie najciekawszą osobowością, ale i inne książkowe postacie, choć potraktowane szkicowo, są zróżnicowane, tak jak i język, którym się posługują. Wprawdzie to literatura młodzieżowa, z której dawno powinnam była wyrosnąć, ale uważam, że prezentuje dobry poziom literacki. I całkiem miło się ją czytało.

8.05.2008

Isabel Allende: "Zorro. Narodziny legendy"


Zorro to jeden z bohaterów mojego dzieciństwa. Przed laty z zapałem śledziłam jego przygody w starym serialu telewizyjnym. Wiedziona dawnym sentymentem sięgnęłam po książkę "Zorro. Narodziny legendy". Ciekawa byłam, jak chilijska pisarka ujęła temat i potraktowała tę postać, znaną powszechnie, ale głównie z ekranu. (Czytał ktoś powieść Johnstona McCulleya? Bo ja nie).
Isabel Allende opowiada o tym, jak don Diego de la Vega, potomek hiszpańskego szlachcica stał się Zorro - tajemniczym mścicielem w czarnej masce, obrońcą uciśnionych, wymierzającym sprawiedliwość na własną rękę. Dowiadujemy się, kim byli jego rodzice, jakie wychowanie otrzymał, gdzie się kształcił i uczył fechtunku, skąd czerpał inspiracje, jakie ideały mu przyświecały i jakie wydarzenia ukształtowały jego charakter i postawę życiową. Akcja rozpoczyna się w Kalifornii u schyłku XVIII wieku, przenosi do Hiszpanii okupowanej przez wojska napoleońskie i kończy w Los Angeles 20 lat później. Autorka nie szczędzi atrakcji: są tu zbrojne potyczki, pojedynki na szpady i pistolety, brawurowe ucieczki z więzienia; Indianie i Cyganie, piraci, masoni i kapłanka voodoo; dla każdego coś miłego. Ale jak na powieść przygodową za mało w niej dynamiki i dramatyzmu - w żadnym momencie nie czułam, że znajduję się w samym środku wydarzeń, tylko, że otrzymuję relację z drugiej ręki, czasem wręcz streszczenie. Wygląda na to, że talent gawędziarski Allende nie bardzo sprawdza się w tym gatunku. Podejrzewam też, że pisarka, w przeciwieństwie do Pereza-Reverte i Sapkowskiego, nie wyznaje się na białej broni i szermierce (ani marynistyce), stąd wrażenie, że w scenach batalistycznych prześlizguje się nieco po temacie. Kolejny zarzut dotyczy charakterystyki postaci - niestety, wszystkie szeleszczą papierem. Autorka szczodrze wyposażyła swojego bohatera we wszelkie zalety i umiejętności, ale o tym, że je posiada, dowiadujemy się od narratorki. Wolałabym sama o nich wnioskować na podstawie jego zachowania i wypowiedzi. A tymczasem kilkakrotnie czytam o nieodpartym uroku osobistym Diega, po czym okazuje się, że - o dziwo - jego młodzieńcza miłość pozostała obojętna na te wdzięki.
"Zorro" czyta się lekko i na ogół przyjemnie, ale jako powieść przygodowa wypada raczej blado. Wbrew temu, co piszą amerykańscy recenzenci, Allende niezbyt się udało tchnąć życie w legendarnego bohatera, za to pozbawiła go otoczki tajemniczości. Może zabrakło jej serca do tego tematu - tak bywa z utworami pisanymi na zamówienie.

30.04.2008

Aleksandra Marinina: "Zabójca mimo woli"


Najnowsza, siódma z kolei powieść Aleksandry Marininy z cyklu o major Kamieńskiej wydana w Polsce.
Przyrodni brat Anastazji prosi ją o sprawdzenie swojej kochanki, którą podejrzewa o związki ze światem przestępczym. Kamieńska ze swej strony zwraca się o pomoc do gangstera, który ma wobec niej dług wdzięczności. Jego człowiek wyznaczony do obserwacji dziewczyny szybko przekonuje się, że nie jest jedyną osobą, która się nią interesuje. Co więcej, mężczyznę, który podąża jej tropem, też ktoś śledzi... Przypadkowo splotły się losy różnych ludzi, a Kamieńska, przy okazji prywatnego dochodzenia, odnajduje zabójcę milicjanta i natrafia na międzynarodową aferę. Do tego dochodzą reperkusje tragedii sprzed lat, która położyła się cieniem na życiu pewnej rodziny.
"Zabójca mimo woli" to jedna z lepszych powieści Marininy, jakie czytałam. Autorka sprawnie prowadzi narrację przeplatając kilka wątków i różne punkty widzenia. Obok intrygi kryminalnej są tu niezłe portrety psychologiczne i opis stosunków międzyludzkich (choćby różnych modeli życia rodzinnego i małżeńskiego) we współczesnej Rosji. Gdybyż jeszcze główna bohaterka dała się bardziej lubić!

25.04.2008

Carlos Ruiz Zafón: "Cień wiatru"


Daniel Sempere, syn księgarza i antykwariusza, zaprowadzony przez ojca w miejsce zwane Cmentarzem Zapomnianych Książek i znane tylko wtajemniczonym, spośród tysięcy tomów ma wybrać jeden, aby ocalić go od zapomnienia. Spontanicznie sięga po książkę "Cień wiatru" Juliana Caraxa, nie przeczuwając, że ta decyzja, podjęta w wieku dziesięciu lat, zaważy na całym jego życiu. Zafascynowany lekturą pragnie przeczytać inne powieści tego autora i ze zdziwieniem dowiaduje się, że jest on prawie zupełnie nieznany. Jego książki ukazały się w niewielkich nakładach i kiepsko się sprzedawały. Większość spłonęła w magazynie, a komuś bardzo zależy na odnalezieniu i zniszczeniu pozostałych egzemplarzy. Daniel pragnie dowiedzieć się jak najwięcej o pisarzu, który wzbudza tak silne emocje. W miarę poznawania kolejnych faktów z życia Caraxa, odkrywa wciąż nowe tajemnice i nieświadomie ściąga niebezpieczeństwo na siebie i osoby, które pomagają mu w poszukiwaniach.
"Cień wiatru" to światowy bestseller, a do bestsellerów podchodzę sceptycznie. Ale słyszałam tyle zachwytów nad tą powieścią, że po prostu musiałam ją przeczytać i sprawdzić, czy i mnie przypadnie do gustu. Książka wciągnęła mnie jak rzadko która, z trudem odrywałam się od lektury. Carlos Ruiz Zafón zgrabnie połączył w niej różne gatunki literackie, wątki i motywy znane skądinąd i nasycił ją niezwykłym nastrojem. Książka zawiera elementy powieści obyczajowej, przygodowej, romansu, kryminału i horroru. Opowiada o tragicznej miłości, przyjaźni i nienawiści, szaleństwie i pragnieniu zemsty. A także o roli literatury i sile oddziaływania książki na czytelnika. W tle ukazana jest Hiszpania epoki Franco, ze społeczeństwem wyraźnie podzielonym na zwycięzców i zwyciężonych. Główna akcja toczy się w Barcelonie w latach 50., ale retrospekcje sięgają czasów wojny domowej i wcześniej, do początków XX wieku. Opisy miasta są bardzo sugestywne, a zamieszczone w książce czarno-białe fotografie Francesca Català-Roca znakomicie współgrają z nostalgicznym klimatem powieści.
"Cień wiatru" nie jest arcydziełem literackim, ale powieść naprawdę dobrze się czyta. I choć paru rzeczy możnaby się przyczepić, to tym razem daruję sobie krytykanctwo: podobała mi się, polecam.