Ostatnio tak mi się porobiło, że przeczytanych książek wciąż przybywa, ale nie przekłada się to na liczbę postów na blogu. Trochę brakuje mi czasu z racji innych zajęć, ale przede wszystkim chęci i, że się tak wyrażę, weny. Po prostu nie potrafię ubrać w słowa moich wrażeń z lektury, zwłaszcza, gdy chodzi o dzieło tak wieloznaczne jak "Wichrowe Wzgórza". Kiedy przed laty pierwszy raz czytałam tę powieść wiele treści umknęło mej uwadze, a teraz, po powtórnej lekturze też nie czuję się dużo mądrzejsza.
Na pozór jest to prosta historia o miłości i nienawiści popychającej do okrutnej zemsty. Miłości silniejszej od śmierci i nienawiści tak potężnej, że każe się mścić na dzieciach za krzywdy doznane od ich rodziców. Ale tę książkę można interpretować na rozmaite sposoby, odnajdywać w niej treści psychologiczne, społeczne, moralne, metafizyczne. I mimo to nie rozszyfrować jej do końca. Mam wrażenie, że w "Wichrowych Wzgórzach" istnieje jakaś warstwa, która podobnie jak w przypadku baśni i mitów, odwołuje się do podświadomości: raczej się ją wyczuwa niż rozumie. Te ukryte znaczenia trudno jest zanalizować i wyartykułować. Ja w każdym razie nie czuję się na siłach.
Jedyna powieść Emily Brontë zdumiewa siłą wyrazu, niezwykłością wizji łączącej realizm z romantyzmem i mistycyzmem, dojrzałością literacką. Stała się inspiracją dla wielu artystów do stworzenia dzieł z różnych dziedzin sztuki. "Wichrowe Wzgórza" wielokrotnie filmowano, ale żadna ekranizacja nie oddaje w pełni bogactwa tej prozy, niuansów psychologicznych i niesamowitego nastroju. To po prostu trzeba przeczytać.
