"Śmierć w La Fenice" to pierwsza z serii powieści o komisarzu Brunettim, a zarazem pierwsza książka Donny Leon, która mi wpadła w ręce. Policjant z Wenecji, w odróżnieniu od większości literackich detektywów, nie jest typem zgorzkniałego samotnika, któremu praca przesłania, a nawet zastępuje życie prywatne. Brunetti ma żonę i dwoje nastoletnich dzieci, i choć nie przepada za arystokratycznymi teściami, wydaje się szczęśliwy w małżeństwie. A w pracy z filozoficznym spokojem podchodzi do pomysłów i wymagań szefa - bęcwała i karierowicza.
W tle mamy Wenecję oglądaną oczami Wenecjan i w niczym nie przypominającą pocztówkowych widoczków. Amerykańska pisarka, która mieszka tam od lat, ukazuje miasto po sezonie turystycznym, w gruncie rzeczy prowincjonalne, zatruwane przez okoliczne fabryki i niszczejące, którego chwała dawno przeminęła.
Niezły kryminał, sprawnie napisany, z dość zaskakującym zakończeniem.
